© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Wycieczki do townships

Czy wypada robić wycieczki do townships?


Być może tego nie wiecie, ale generalnie uznaje się, że nie. Sprowadzanie ludzi do roli zwierzątek, które obserwujemy przez kraty bezpiecznych autobusów jest obrzydliwe.


Obrzydliwe jest robienie zdjęć z takiego safari niczym trofeów oraz późniejsze brandzlowanie się poczuciem, że „doświadczyłem biedy”. Gówna doświadczyłeś.

Strasznym też uczuciem jest pracować w hostelu i usłyszeć od jednej z goszczących w nim, że była na takiej wycieczce i, cytuję: „Myślałam, że oni tam umierają z głodu, ale nie, im tam chyba dobrze.”


Ale z drugiej strony częściej słyszałem: „Chciałabym pojechać, zrozumieć. A boję się to zrobić sama.” Usłyszałem to na przykład od 19-letniej Austriaczki, która cisnęła mnie za tapetę orki z parku wodnego (bo w niewoli) na telefonie.



Wygląda na to, że inne zdanie ma też pan ze zdjęcia, Jean Pierre Smith, radny Cape Town z ramienia Democratic Alliance (najbardziej liberalna partia w kraju). Na konferencji, na którą niedawno się zaplątałem, JP Smith wyraźnie wskazywał turystów jako jeden z głównych elementów, w których widzi szansę na emancypację biednych i danie im zarobku. Powiedział, cytuję: „Wykorzystajmy te chodzące bankomaty, ale zamiast biegać za nimi z pistoletami, zaprośmy je do domów.”


JP Smith nawiązywał do tego, że przestępcy często nazywają turystów właśnie w ten sposób. Zaznaczył, że miasto rozważa nawiązanie dialogu z przywódcami gangów, by ci – w trosce o dobrobyt własnych okolic – zgodzili się zostawić turystów w spokoju. Podobno zbliżone rozwiązanie sprawdziło się w Rio de Janeiro.


Otóż Rio de Janeiro jest jednym z najczęściej podawanych przykładów obrzydliwości procederu turystyki w slumsach.


I tu mamy sytuację rozkroku, bo sam nie wiem, kto ma rację. Nie widzę problemu w tym, że turystów zaprasza się do townships, dopóki robi się to mądrze. Daje się im odpowiednią wiedzę, uczula ich wrażliwość, a przede wszystkim daje doświadczyć kultury na równych prawach, nie zasadzie „zobaczymy zwierzaki”. I dopóki wydawane przez nich pieniądze faktycznie trafiają do tych, którzy tam mieszkają.


To bardzo wolnorynkowe podejście, które podoba mi się dlatego, że pozwala ludziom nieuprzywilejowanym zmieniać swój los samemu, nie czekać na rządowe programy. Założyć Airnbnb, malutką knajpkę, sprzedawać pamiątki itd.


Rządowe programy skierowane w te rejony w większości zawodzą, co potwierdził sam JP Smith. Działają kilka miesięcy, dopóki państwo je dotuje, a potem niemal natychmiast umierają, pozostawiając ludzi nie tylko – znów – bez pieniędzy, ale i bez umiejętności, które pozwoliłyby im znaleźć pracę później.


Problem, który widzę, leży przede wszystkim w tym, że atrakcyjność tego rodzaju wyjazdów leży nie tam, gdzie powinna. Moje artykuły na joemonster.org świetnie pokazują, że gdy piszę: „Przez trzy tygodnie był spokój, ludzie są super mili, ale wczoraj niedaleko była strzelanina”, to ludzie słyszą tylko „strzelanina”. Atrakcyjność ubogich dzielnic opiera się więc w dużej mierze na przestępczości, skrajnej biedzie i tym, co dla nas jest „hardkorowe”.


Z jednej strony istnieje ryzyko, że jak z niesławnymi sierotami w Kambodży i Nepalu, tak w biednych dzielnicach turystyka może napędzać problemy (żeby była kasa z turystów), które początkowo miała zwalczać. Napędza też wizerunek „biedy”, który te zjawiska urodził, a przez to powtórnie wyklucza, itd.


Z drugiej strony: czy zapijanie winem potrawki z zagrożonej wyginięciem ryby w hotelu z basenem w ramach wyprawy do dzikiej Afryki jest bardziej spoko? Gdy slumsy leżą dziesięć kilometrów dalej, a największy margines zysku ma z tej wyprawy zachodnie biuro podróży – faktycznie doskonalsze moralnie jest surfowanie i kontakt z nieuprzywilejowanymi jedynie poprzez napiwki dla kelnerów (którzy stanowią i tak lokalną elitę)? Bo nie uprzedmiatawia ludzi... Owszem, ale tylko dlatego, że ich istnienie i problemy ignoruje.


Niedzielnych turystów i tak nie zmieni się w aktywistów. Ale może można ich pieniądze wykorzystać lepiej. Może można gdzieś przy okazji ich trącić, pokazać: „Produkty waszych korporacji zalewają tu rynek. My na to nie mamy wpływu, wy może tak.”

Takie doświadczenie (nawet poprzez znajomych którzy „byli, widzieli”) ma szansę oddziaływać na społeczeństwo, nie tylko grupkę aktywistów. Tylko trzeba znaleźć jeszcze sposób, żeby te pieniądze z czasem zaczęły w większym stopniu trafiać do tych, do których powinny.

8 wyświetlenia