Smiley

Po dachu obok biura biegali dziś policjanci i bandyci - zapewne w związku z rabunkiem, którego dokonano w Philippi. Niestety nie mam zdjęć, ale dostrzegam ciekawą tendecję, że w jakiś sposób mnie to nie ekscytuje.


Nie, że po trzech tygodniach w hostelu z basenem tak stwardniałem. Chyba mam wrażenie, ze tego rodzaju wydarzenia, to film, który kręcą gdzieś obok.


A teraz nie dla wrażliwych. Zdjęcie przedstawia popularną potrawę townships - barani łeb, zwany tu potocznie "smiley".



Potrawa nazywa się tak, bo owczy łeb zawsze wydaje się uśmiechnięty. To jedno z tych dań, o których mówi się "Nie jesteś prawdziwym [tu wstaw kim], dopóki tego nie spróbujesz".


Po czym okazuje się, że nikt z miejscowych tego nie je.


Smiley to jednak przygoda. Kupienie go oznacza podjechanie na skrzyżowanie, jedno z tych mniej bezpiecznych, nad którym unosi się czarny, oleisty dym. Pod rozciętymi wpół beczkami na paliwo pali się ogień, płomieniem liżąc rdzę. Wokół kręci się paru chuderlawych chłopaczków z maczetami. Smileya podają w czarnych workach na śmieci.


Mięso jest niejednorodne, ponoć frykasem są pełne chrząstek uszy i język, najbardziej zwyczajne mięso przypominają jednak policzki.


Można zjeść w całości albo połówkę. Połówka kosztuje mniej niż dziewięć złotych.


0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com