Samotność wielkich miast

Wiele jest przymiotników, które nasuwają mi się, gdy myślę o Paryżu. Najmniej oczywistym, ale uderzającym jest "samotny".


Samotność Paryża to tysiące maleńkich, ludzkich baniek, które przepływają przez baśniowe ulice miasta, ale bardzo rzadko zderzają się i jeszcze rzadziej łączą.

Paryż to miasto miłości, sprawia jednak wrażenie miejsca, do którego miłość tę się przywozi, już dokonaną.


Nie zrozumcie mnie źle. Moment, w którym tu przyjechałem nie był dla mnie najbardziej miłosny, więc mogłem być trochę skrzywiony. Statystyki mówią na przykład, że popularne wśród mieszkańców miasta są one-night =standy, doświadczenie mówi, że gdy już Paryżan się zaczepi są - wbrew stereotypowi - mili, a w weekendowe wieczory, gdy ludzie są już "zrobieni" łatwiej przychodzi im na przykład uśmiechanie się do obcych. Nie próbuję powiedzieć, że to jakieś postapokaliptyczne miasto duchów.


Ale na co dzień ludzie niesamowicie niechętnie patrzą sobie w oczy. Są niewiarygodnie odporni na niebezpośrednie próby nawiązania kontaktu i, wreszcie, wydają się przecinać ścieżki innych niemal mechanicznie, bardziej jak tramwaje, czy pociągi, niż żywe istoty.


Zostawiało mnie to czasem z oślizgłym wrażeniem, w którego realność nie bardzo chciałoby mi się wierzyć wcześniej. Da się tą wyrobioną obojętnością sprawić, że inny człowiek poczuje się zupełnie bezosobowy. Nie za pierwszym, drugim, czy trzecim razem. Ale za dziesiątym już tak.

Wspominałem już, że nie był to najlepszy moment dla mnie (cóż, z biletami w jedną stronę i bez planu na ogół jeździ się w tych nie najlepszych momentach, nie kiedy emocjonalne niebo rozświetlają fajerwerki). Mając tę myśl, miałem przypuszczenie, że może to ja wysyłam złą energię, którą świat wyczuwa i dlatego się ode mnie odsuwa.


Powziąłem też podejrzenie, że może to szok kulturowy po Południowej Afryce. Tam gość, który tankuje paliwo, potrafi podejść do ciebie tanecznym krokiem, wyśpiewując na pełne gardło rockową balladę. Ludzie RPA to skarby.


Moje wątpliwości rozwiała jednak Francuzka z Nantes, która w Paryżu mieszka od kilku lat. Ona też to widzi. Też widzi to, jak zdystansowani wobec siebie są Paryżanie.

Nie wiem, czemu, ale są.


Na obronę mieszkańców tego pięknego miasta powiem, że zdarza im się ten schemat jednak przełamywać, nie wszyscy są Zombie. Raz na przykład pewna starsza Francuzka przysiadła się do mnie w czymś na kształt stołówki i miło sobie pogadaliśmy. Czasem ktoś jednak uśmiechnął się do mnie, a w autobusie poznałem sympatyczną dziewczynę.


Zaproszono mnie też na imprezę i w ogóle. Ale na ogół, w pierwszym kontakcie, gdy ktoś już spojrzał mi w oczy, gdy jakaś interakcja się wydarzyła, odczuwałem coś jak kroplę deszczu na pustyni. I może jest to cecha wszystkich wielkich miast.

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com