© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Refleksje: ostatnia strona

Aktualizacja: 7 wrz 2018

Jak zapewne wiecie, Afrykę uważa się za kolebkę ludzkości. O miano bardziej ścisłej kolebki przepycha się kilka państw, m.in. Etiopia i Południowa Afryka.


Byłem dziś w Muzeum Południowej Afryki, którego większość ekspozycji poświęcona jest temy jak genialne są rekiny i jak źle potraktował je przemysł filmowy, bardzo sympatycznym gadom, które potrzebują tylko 20% energii ssaków do przetrwania przy tej samej masie ciała i kopiom szkieletów wielorybów. Była też wystawa dotycząca kultury (acz baaaardzo króciutka).


Opowiadała o wielu niezwykle ciekawych rzeczach. Wiecie, że plemiona San miały zwyczaj wywoływania deszczu tańcem? Pewnie się domyślacie - Disney zrobił trochę roboty. Plemiona te wyróżniały jednak dwa typy deszczu: Deszczycę i Deszcza (she-rain i he-rain). Ona była spokojna, delikatna – dobra dla ziemi, bo zmiękczała ją, czyniła żyzną. On był gwałtowny, towarzyszyły mu pioruny, uderzał o ziemię mocno, niszcząc ją. Trzeba więc było uważać, by nie zapędzić się i nie wywołać nie tego co trzeba.


Rzecz, która szczególnie mnie uderzyła, to malowidła ścienne. Te, które znajdujemy w Afryce mają rozstrzał dobrych kilkudziesięciu tysięcy lat. Znajdziecie takie, które mają lat ledwie dwieście, ale i takie, które mają ich 25 tysięcy. Jeszcze starsze są kości foki, którymi mieszano ochrę, by malować ciało. Ktoś, przed tysiącami laty, postanowił zmieszać bogate w żelazo okruchy skał z innymi składnikami, by stworzyć sztukę.


Prostota i siła tej myśli działała na mnie kiedyś tak mocno, że aż machnąłem (częściowo) o tym opowiadanie, które kilka lat temu ukazało się w Nowej Fantastyce. Ową siłą myśli było to, że akt tworzenia sztuki musiał być dla nas fundamentalną zmianą – pomyślcie tylko jak wielkie ma on konsekwencje dla gatunku, który dotąd koncentrował się na przetrwaniu. Ideą, którą wtedy z tego wyciągnąłem była ta, że nie tworząc sami, nigdy nie zdołalibyśmy pojąć (lub wymyślić, a potem pojąć) leżącego u podstaw każdego wierzenia aktu kreacji. Czy nie tworząc sami, kiedykolwiek zadalibyśmy sobie pytanie, kto stworzył nas? Może więc to literackie zboczenie, ale myślę, że boskość urodziła się w nas dokładnie w tej samej chwili, w której urodziła się sztuka.


Dziś jednak najbardziej ruszyło mnie coś znacznie innego. Nie było najstarsze, najpiękniejsze i z całą pewnością nie najbardziej wartościowe z całej kolekcji. Było to tylko zdjęcie czegoś, co odkryto niedaleko. To malowidło.


zdj. Iziko South African Museum


Jest niewyobrażalna moc w przedstawionym na skale wizerunku XVIII wiecznego europejskiego okrętu. Jeśli w jakiś sposób da się przedstawić zderzenie cywilizacji, dramat tego, czym była kolonizacja, to z pomocą tego malunku. Nie chodzi tylko o ogrom przepaści technologicznej, który dzielił spotykających się ludzi. Chodzi o ogromną różnicę mentalności indywidualnych postaci artysty i człowieka, który przemierzył pół świata, żeby zabrać mu ziemię. A także, a może przede wszystkim, cichy skądinąd tragizm tego, że malarz nie mógł wiedzieć, że maluje swoją zagładę. Nie tylko osobistą, nie nawet swojego narodu, ale koniec tych kilkudziesięciu tysięcy lat, gdy tak uwieczniało się wydarzenia.


I, oczywiście, można dyskutować, czy to takie straszne, że ta forma sztuki wymarła. Tylko że to nie o to chodzi. Chodzi o to, że to ostatni moment, gdy sami pisali swoją historię.


Wyobraźcie sobie książkę, która opowiada całą historię cywilizacji tego rejonu. Nie ma w niej nawet jednego słowa, są tylko obrazy. Zwierząt, czczonych dawniej niczym bóstwa, mężczyzn polujących na zwierzęta, znacznie później, sylwetki pół-ludzi, pół-ptaków, przedstawiające wywołujących deszcz tancerzy, przywódców plemion prowadzących rozmowy. Wojny, pokoje, wypas zwierząt, tradycję, kulturę i tak dalej.

Ten obraz jest w książce ostatnią stroną.

2 wyświetlenia