Przewodnicy i turyści, czyli emocjonalny kocioł

Maroko uchodzi za jeden z najgorszych krajów świata dla turystów, jeśli brać pod uwagę państwa, w których akurat nie ma wojny, a facet w stolicy rzeczywiście ma coś do powiedzenia odnośnie tego, co dzieje się dalej niż dwadzieścia kilometrów od niej. Głównym powodem są handlarze. Rzeczywiście, jeśli jest jakiś sposób, żeby poczuć się autentycznie „zaszczutym”, to chyba jest nim samotna wędrówka przez medinę Marrakeszu. Uczucia, których doświadczacie to prawdziwa sinusoida. Z jednej strony: zachwyt nad bogactwem kolorów, gwarem codziennego handlu i ilością interakcji, do której we wszystkich językach świata zachęcają Was kupcy. Z drugiej: wąskie, duszne spalinami rozszalałych skuterów uliczki, pośród których gubi się nawet google maps. I fakt, że to nie wy decydujecie o emocjonalnej amplitudzie tych interakcji.


Pierwszy samotny dzień w medynie nie byłby bardziej intensywny nawet gdybym wziął kwas. Zaczęło się od typowego dla mnie pomysłu, że się poszwędam. Co się mam nie poszwędać. Lubię sobie wmawiać, że szwędanie się jest niejako moim powołaniem i skoro chodziłem biegać po Khayelitshi, to co niby tutaj może mi się przytrafić?* Zacząłem więc z południowego krańca i szedłem w północną stronę. Lubię się targować, więc dawałem się łapać mackom kolejnych kupców. „My friend, my friend, best price only for you!” rzekł pan, oferując mi naszyjnik za cenę trzykrotnie wyższą niż ta ulicę wcześniej. „Poland! I like Poland. I give you good price!” ozwał się chwilę później gościu, sugerując cenę cztery razy wyższą od tej, którą za przyprawy płaciłem dzień wcześniej. I tak w kółko. Ze wszystkim radziłem sobie z uśmiechem, bo chociaż ktoś do mnie gada, a Paryżanie przez dwa miesiące udawali, że nie istnieję. Dopóki nie trafiłem na przewodnika.


Przewodnik to w turystycznych rejonach Maroko każdy, kto dostrzeże w Tobie frajera i ma dość samozaparcia, żeby to wykorzystać. Przewodnik zwykle wskaże Ci drogę, czasem to będzie 10 metrów, po czym zażąda „rynkowej” ceny za usługę. Czyli na przykład 40 złotych. Oczywiście stargujesz ją wkrótce, ale zanim to się stanie, Twoja (i moja) europejska dusza poczuje się skalana i urażona około czternastu razy. Lub dwudziestu, jeśli stargujesz naprawdę dobrze. Dla mnie osobiście przewodnicy byli prawdziwą plagą, bo idealnie operowali w szarej strefie, która działa na mój słaby punkt. Moim słabym punktem jest to, że lubię z ludźmi gadać. Zwykle udawało mi się przewodników spławiać. Nie jest jednak tak, że wszyscy Marokańczycy próbują wyciągnąć od człowieka kasę, większość jest miłych i pomocnych z zasady, więc czasem po prostu pomylisz jedno z drugim, a tam już wyciągnięta po pieniądze łapka. Tak było w moim przypadku. „Dokąd idziesz?” – spytał mnie młodzian w dresie. Odparłem, że do garbarni, na co on odpowiedział, że cóż za szczęście, bo on właśnie tam pracuje. Pogadaliśmy, zaprowadził mnie do garbarni i – nie żądając nic w zamian – przekazał człowiekowi tam.


Garbarnie, bodajże berberyjskie, śmierdziały jak to garbarnie i nie przypominały turystycznych folderów. Na pewno jednak robiły wrażenie ogromem pracy, który pośród ciemności i smrodu niskich pomieszczeń ludzie wkładali, by stworzyć kilka skórzanych torebek. Na koniec tej wycieczki zaprowadzono mnie do sklepu i pożegnano się, co dało mi swego rodzaju orgazm dobroci i natchnęło myślą, że może zostanę w Marrakeszu dłużej i strzelę jakiś reportaż o kulisach przemysłu, który wyzwala zwierzęta z okowów własnych skór, a zachodnich turystów opakowuje w plecaki, kurtki i tak dalej. Bo tacy mili ci ludzie! Ale mój przewodnik był spryciarzem. Gdy wyszedłem ze sklepu, już tam czekał. Oświadczył, że pora zapłacić za usługę. Odparłem, że spoko, no bo jednak chodził ze mną dobre 20 minut, pozwalał robić zdjęcia i tak dalej. Coś się człowiekowi wszak należało, nawet jeśli się na to nie umawialiśmy. Zażądał bodajże 120 złotych. I tak zaczęliśmy się kłócić. Otóż ja odparłem, że propozycja jest zaiste interesująca, ale zastanawiam się, czy go nie pojebało i czy może nie powinien tego sprawdzić. Kłóciliśmy się dobrą chwilę, bo naprawdę była to cena, która zadziałała mi na nerwy. Wokół nas zebrała się grupa ludzi, którzy krzyczeli: „To jest dobra cena! Zapłać mu!”. Wyciągnąłem portfel i pokazałem mu, że tyle to ja nawet nie mam (miałem ze sto złotych), na co on stwierdził, że weźmie, co mam, na co ja odpałem, to co już raz odparłem i wróciliśmy do pata. Co ciekawe, pan nie miał problemu dotykać mnie, ale gdy widział nerwowość (werbalną, nie fizyczną) z mojej strony, zaczął zaraz jęczeć, czy zamierzam go bić. Sytuacja trwała tak dobrą chwilę i była – delikatnie mówiąc – stresująca. Wreszcie przewodnik chwycił mnie za dłoń i stwierdził, że prowadzi mnie na policję. I tu geniusz jego pomysłu mnie olśnił. Nie puszczając jego dłoni, powiedziałem, że chodźmy! Niech rozsądza nas stróże prawa. I tak, po kilku minutach, zgodziliśmy się na jakieś 15-20 zł. Ale to wcale nie był koniec tego dnia...


CDN. *Poza faktem, że co najmniej raz w Khayelitshi miałem wrażenie, że chyba wczytywałem sejwa, bo coś nie powinno się skończyć tak miło jak się skończyło.

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com