Pierwszy dzień w townships

Byłem dziś pierwszy dzień w township. Bardzo chciałem wczoraj umieścić film, bo czułem, że moja perspektywa dziecka, które nasłuchało się strasznych historii o potworach, a potem wchodzi do pełnego złota, pereł i jedwabi pokoju i cieszy się, ale jednak zerka z niepokojem na szafę może zostać tym dniem zmiażdżona.


Ucierpiała więc jakość i wybaczcie mój szepcik gwiazdy porno i szumy, ale w pełnym ludzi hostelu trudno się nagrywa.


Dziś chciałem nagrać film z township, żeby to zderzenie zrobić mocnym. No, ale niestety mój aparat nadal nie działa. A śrubki ma tak maleńkie, że trudno o śrubokręt tych rozmiarów.


Wracając do township. Cóż, miałem chyba rację.





Niewiarygodnie pobieżne doświadczenie townships, jakie dziś miałem każe mi śmiać się odrobinę ze mnie wczoraj. Nie zobaczyłem w township nic, nic o nim nie wiem i generalnie drugi dzień to za wcześnie, żeby pisać posta. Nic nie widziałem.


Widziałem może ludzi, którzy na skrzyżowaniu próbują sprzedać tarcze do piły i żelazko, a ponoć niedawno chcieli szczeniaka. I ponoć wszystko to pochodzi z kradzieży. Widziałem niezwykły tygiel dzielnic, gdzie ubogie, ale zadbane domy przetykają się ze zwykłymi szopami, w których najstraszniejsze jest to, że dokładnie ich właśnie się spodziewasz, bo przecież popkultura nauczyła nas, że tak ma wyglądać bieda. Stada kóz, krów świetnie odnajdujące się - chyba same - między domami, masę śmieci, intrygujące zakłady - rozmaitego rodzaju - w kontenerach. No i wreszcie: ogródki działkowe mojej organizacji. W których pracowałem nawet - co kazało mi pomyśleć, że to urocze, że dokładnie w tych samych pracach nigdy nie chciałem pomagać mamie, a teraz robię to kilkanaście tysięcy kilometrów od domu.


Piszę, bo jak powiedział dziś gość z mojej organizacji, Chris, on już tych rzeczy nie widzi. Zatem piszę, żebym nie zapomniał, kiedy już naprawię aparat.


A jako bonus hamburger ze struśa. Smakuje jak zwykły, ale naprawdę dobry hamburger.

Ludzie mili, itd.


Jedna myśl, gdy pałaszowałem burgera. Pub pełen był ludzi i przy barze siedziało dwoje starszych, białych mieszkańców RPA, a obok stało trzech czarnych. Nie znali się chyba, ale wymieniali żartami, rozmawiali z typowym drygiem anglosaskiej bezpośredniości.

A przecież wszyscy oni byli dorosłymi ludźmi, w czasach, gdy tych trzech nie mogło napić się piwa w tej samej restauracji, co owa para, nie mogli wsiąść do tego samego autobusu ani nawet korzystać z tego samego chodnika*. I cała piątka musi to pamiętać.

Nie wiem, czy pamiętają i żartują sobie, beztrosko burząc dystans mimo to, czy robią to właśnie dlatego, że pamiętają. I wreszcie mogą.



*Reporterska uczciwość każe zaznaczyć, że pod koniec apartheidu ponoć w wielu miastach tej ostatniej reguły nie stosowano zbyt surowo.

[Ten post jest postem z cyklu obserwacji pobieżnych - jak piszę na początku. Zdaje się jednak, że i te warte są uwagi, by potem móc spojrzeć na nie i zastanowić się, ile była warta ta początkowa refleksja, zbudowana może na wielu książkach, ale ledwie kilkunastu godzinach doświadczenia.]

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com