© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Paryskie "No go zones"

Aktualizacja: 15 wrz 2018

Na bazie własnych doświadczeń chciałbym potwierdzić istnienie No-Go zones w Paryżu.


Na przykład knajpy przy Champs Elysee stanowczo należą do No-Go zones, biorąc pod uwagę, że nawet przystawki nie schodzą w nich poniżej 10 euro. Całkowite No-Go.

Sklep z zabawkami za to jest tam spoko. Gdybym miał wyznaczyć No-Go zone w tamtym rejonie, wyciąłbym dla sklepu z zabawkami specjalną "green zone". Tzn. cały czas jest drogo, ale zabawki są fajne (dla mężczyzny najtrudniejsze jest pierwsze 40 lat dzieciństwa, wiem).


Co do innych No-Go zones, takich, które Wasze kosmate umysły mogły tu szukać to... jeśli Szanowny Czytelniku, wierzyłeś, że w Paryżu istnieją no-go zones... To sugeruję Ci, żebyś znalazł kawałek gładkiej ściany - to bardzo ważne, żeby nie było na niej szklanych ramek, ani gwoździ - rozpędził się i walnął w nią ze łba.


Bazuję tu na doświadczeniach własnym i opinii spotkanych mi osób, które w takich rzekomych dzielnicach mieszkają. A jedna na przykład pracuje dla firmy petrochemicznej Total, więc trudno nazwać ją "skazaną" na taka lokalizację.


Ale pomysł ze ścianą jest mój. Autorski.



Źródłem mitu Paryskich stref "bez wstępu" jest Fox News, które postanowiło żerować na tragedii Charlie Hebdo, głosząc przy okazji własną agendę.


Fox News było na tyle sprytne, że ich No-go zones pokryły się (przynajmniej częściowo) z mapą dzielnic, w których kilka lat wcześniej sfrustrowani emigranci urządzili sobie grilla. A że brakowało brykietu, skorzystali ze stojących na poboczach samochodów.


No dobra, podobno wtedy było grubo. Ale to odrobinę tak jak gdyby powiedzieć, że ul. Wiejska i Sejm to No-Go zone, bo górnicy rzucają tam cegłówkami w przechodniów.


Są w Paryżu dzielnice charakteryzujące się wysokim współczynnikiem bezrobocia, są dzielnice w których jest sporo osób o innym kolorze skóry i są nawet dzielnice, gdzie zdarzało się, że strażaków jadących na akcje obrzucono kamieniami (tu się wzywa strażaków do wszystkiego). Ale nie ma dzielnic, w których miasto nie sprawowałoby kontroli. Misie, jesteśmy w Europie. Czy warszwska Praga albo Krakowska Nowa Huta to No-go zones?


Są obrzydliwie blokowe przedmieścia, miejsca brudne i nie robiące wrażenia, jak Porte de la Chapelle (znajdziecie tam wielu żyjących dziko migrantów), ale sami Paryżanie przyznają, że te rejony są właśnie bardziej brudne niż niebezpieczne. Są miejsca, gdzie kręcą się panowie handlujący kokainą, czy masa prostytutek i gdzie - podobno - można dostać w czapę. Owszem, są. Podobnie jak ogromna liczba kieszonkowców. Prawdopodobnie jak w każdej ogromnej metropolii.


A swoją drogą, wiecie, że mój znajomy dostał na Woli w Warszawie wpierdol pod komisariatem policji? Ja mając jakieś siedemnaście lat wdałem się w bójkę na Chmielnej. Z kolei innemu głupolowi, który robił zdjęcia, chłopaki na Brzeskiej chcieli wkopać mimo obecności dwóch patroli policji (trochę mu się należało). Tak mówię.


No-Go zones nie ma. Wiele zresztą z tych miejsc, które Fox tak rozkosznie opisał w ten sposób zawiera w sobie najbardziej turystyczne ulice stolicy Francji. Francuzi trochę z tego żartują, a trochę ich to wkurza.


Nie byłem w najbiedniejszych przedmieściach, ale byłem w tych dzielnicach, które zdaniem starszego pokolenia nie są bezpieczne. Stałem i chodziłem po nich wieczorami i to, co rzuca się w oczy, to wyraźnie inny profil rasowy mieszkańców. Tyle z niebezpieczeństwa.


I mam tezę, że ktoś, kto nie jest przyzwyczajony do tak mocnej obecności innych ras wokół siebie może reagować strachem. Wam zostawiam jednak odpowiedź na pytanie, czy to wina tego, który się boi, czy tego, który tak po chamsku postanowił mieć ciemniejszą karnację.


Zostają też oczywiście kwestie zachowania. Prawda jest niestety taka, że wiele z kultur, które wchodzą w skład takich dzielnic ma np. diametralnie inne podejście do tego jak głośno można w miejscach publicznych słuchać muzyki i jak głośno wolno się zachowywać. To oczywiście jest może przyczynek do pewnej dyskusji (szanujmy prawo gospodarza), ale osobiście rzucać kamieniami nie będę, bo i ja darłem nie raz mordę, a i nie raz musiałem skacowany zachęcać dzieciaki w polskim pociągu do używania słuchawek, nie głośnika bo półtorej godziny w Kolejach Mazowieckich bez rapu z telefonu to widać za wiele. We Francji zresztą widziałem podobnie zachowującą się młodzież tak białą jak i nie-białą.


Mówiono mi też, że rzeczywiście jest wyraźny trend w ostatnich latach, ale o tym kto co mówił i jakie jest trend będzie wkrótce


EDIT: Definicja No-go zones, którą przyjąłem to miejsce, nad którym władze nie sprawują kontroli. W tym sensie takich miejsc w Paryżu nie ma. Nie neguję istnienia dzielnic niebezpiecznych, zachęcam też jednak do rozważenia, co sprawia, że nikt nigdy nie nazwał No-go zones niektórych dzielnic w Polsce, mimo zbliżonego profilu.

Nigdy mi tak nie leciały unlike, jak po dwóch ostatnich postach :)

13 wyświetlenia