Pani Norka cz. 3

Szalona Pani, wbrew pozorom, nie jest złym człowiekiem.


Jest człowiekiem fascynującym. Nie jest arogancka, mam wręcz wrażenie, że jest raczej niepewna siebie i to dlatego - gadając - tak przejmuje przestrzeń. Żeby nikt inny jej nie zajął. Zajmuje ją zawzięcie, ale mniej niż agresją słów, bardziej ich liczbą.


Prosi wprost, żeby mówić jej, co się myśli, a że czasem przerywa po drugim słowie to nie do końca wynika ze złej natury. Często też na krytykę odpowiada: "A, tak, X mi już to mówił. Masz rację". I wydaje się to szczere. Ale czuć, że jest w niej jakiś mur, coś wielkiego i grubego, co nie pozwala dotrzeć tej krytyce głębiej.


Po 7 godzinach pracy dogadaliśmy się, że jednak na dziś już koniec i poszliśmy na obiad do marokańskiej knajpy.


Tam ustaliliśmy, to znaczy głównie ja, że ten workaway nie ma sensu. Że może ma rację, profesjonalista zrobi to szybciej, więc po co ma się frustrować ona, po co mają się frustrować ludzie z workaway (i obiecywać duszę szatanowi w zamian za wolność) - niech to przerwie. Ewentualnie niech przyjmuje ludzi, którzy znają się na stronach internetowych, żeby zrobili taką dla jej airnbnb.

Obiecałem nawet, że pomogę jej z ofertą. I tak, gadamy. Trzy godziny później:


1. Przekonałem panią, że airnbn nie powinno być jej planem na źródło utrzymania. Przecież ona wcale nie chce obcych w swoim domu, co widać na każdym kroku. Ma wykształcenie przewodnika, więc to powinna robić. Jest strona, przez którą można oferować wycieczki, więc wymyśliłem jej nawet motyw przewodni, na którym zarobi znacznie więcej. Porównaliśmy to z potencjalnymi zyskami z airnbnb i była zachwycona. Zwłaszcza, że motyw przewodni bardzo do niej trafił.


2. Następnego dnia mieliśmy razem pojechać do dzielnicy marokańskiej, żeby ona zrobiła research (marokański Paryż był tym motywem), a przy okazji pokazała mi trochę tej części Paryża. Ja byłem zachwycony.


3. I tak: miałem napisać jej ofertę na airnbnb, żeby mogła zacząć zarabiać cokolwiek, zanim ogarnie wycieczki.


Miałem zostać jeszcze jedną noc, a potem oddalić się ku zachodzącemu słońcu. Po tym dyplomatycznym sukcesie, stwierdziłem, że teraz pozostaje mi tylko jechać na Bliski Wschód i z pomocą umiejętności negocjacji zanieść tam pokój.


Tak minął wieczór. Dzień pierwszy. Nocą pani jeszcze wstała i poszła myć podłogę w kuchni.


Na drug dzień pani obudziła się o 8 rano (a gadała do mnie do 2) i powiedziała, że jest niewyspana. Wyraziłem współczucie i zaproponowałem dospanie jeszcze kilku kwadransów. Stwierdziła, że to świetny pomysł, po czym wróciła do gadania o tym, jak to jest niewsypana.


Odezwał się we mnie akademik i zaryzykowałem mały eksperyment. Robiłem tylko "mhm", nie używałem żadnych słów, czekając kiedy się wypali. Mówiła przez 40 minut, nawet trochę ponad - o tym jak to musi się wyspać i zaraz pójdzie spać. Przestała mówić, bo stwierdziłem, że jebać ten eksperyment i uciekłem do łazienki.


Potem przez telefon zrywała z facetem kolejne 40 minut. Tzn. chyba, bo nie zauważyłem w jej monologu przystanków na wypowiedzi drugiej strony, więc nie można wykluczyć, że po chwili gość odwiesił słuchawkę.


Boże, miej w opiece tego, który się w niej zakochał.


Potem pani stwierdziła, że jednak nie jedziemy do tej dzielnicy marokańskiej. W sumie to pewnie miała rację, powinna się wcześniej przygotować. Ale żebym został i pomógł z ofertą.


Siadłem więc i przygotowałem pierwszą ofertę airnbnb: "Dziel prawdziwe paryskie życie z lokalnym mieszkańcem i przewodnikiem!" - tak jak prosiła wczoraj.


Nie, ona w sumie nie chce być zobligowana do tego, żeby robić cokolwiek z turystami. Ludzie mają przyjść między 7:30 a 8:30 potem wypieprzać na cały dzień i wrócić wieczorem.


Napisałem drugą, która w zawoalowanych słowach ujmowała te wymagania.


Nie, teraz to nie jest zachęcające.


Wstałem, powiedziałem grzecznie, że moje życie nie tak miało wyglądać, że nie wiem do końca, w którym momencie je przegrałem i to chyba nie jej wina, ale muszę coś z tym zrobić i poproszę o mój plecak.


Tak naprawdę to powiedziałem, że musi dowiedzieć się, czego chce. Że to nie mój problem, że nie wie; że chętnie jej pomogę, gdy już się ogarnie - wyślę jej tę ofertę na mejla, ale teraz wychodzę, bo tracę czas i pieniądze, a ona traci pieniądze i czas.

Powiedziała, że spoko, żebym usiadł, wypił herbatkę, a ona założy buty. I miała ten wzrok, norki, której mefedron się skończył i pora otrzeźwieć, a tam tylko szaro, deszcz i odbicie w lustrze za jedynego przyjaciela.


I wiecie co? Było mi przykro.


Dzień wcześniej patrzyłem na młotek jak na wybawiciela od demona. A tak naprawdę siedziała tam po prostu szalenie samotna babka, która miała 43 lata i chociaż wyglądała na 10 mniej, była po prostu przerażonym życiem i samotnością człowiekiem, który nie kontrolował niczego dłużej niż kilka godzin, nie potrafił się na nic zdecydować i robić nic dłużej niż kwadrans lub dwa. Który - na pytanie, czy zna kogoś, kto pomoże z komputerem, potrafiła wymienić tylko imię jakiegoś gościa z workaway. Która gadała dużo, ale w tym gadaniu cały czas szukała tylko "yes" i "mhm" drugiej strony, bo to oznaczało jakiś kontakt.


Nie licząc krótkiej traumy, to dla mnie genialna historia na imprezy (albo na bloga, czy do książki) i podejrzewam, że nie raz wyłudzę nią od kogoś piwo. Dla niej to życie.

Nawet los dokopał jej ironią imienia, które brzmiało podobnie jak francuskie słowo oznaczające "radosną".


Dopiłem herbatkę, uściskałem ją i wyszedłem.

To nadal przykre, ale w końcu bym ją zamordował albo sam skoczył z balkonu, więc niech lepiej razi sobie z samotnością sama.



4 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com