© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Pani Norka cz.2

Ciąg dalszy przygód workawayowych z ukochaną panią, która "nie musi tego robić, powinna brać 1000 euro kaucji" i która zamknęła mój plecak w piwnicy, żebym nie uciekł.


Zaczynamy pracę. Zaznaczam, przyjechałem 6:45. Mieliśmy zacząć o 7, ale że pani gada jak szalona, zaczynamy 7:30 i to głównie dlatego, że zwracam jej uwagę, że może już pora zacząć. Na jej korzyść powiem, że przygotowała dobrą herbatkę.

Jedziemy.


Najpierw szorowanie papierem ściernym grzejnika z farby. Pani mówi, że już inni workawayowcy to robili, więc zajmie nam to góra pół godziny. Papier jest trochę przetarty, ale skoro to mało roboty...


...Trzy godziny później mam odciski na dłoniach, pył w gardle i oczach i myśli samobójcze.


Pani kręci się to w te to we w te, czasem dotknie czegoś, co przetarłem i każe poprawić, czasem powie jak to Polacy mają opinię dobrych pracowników. Cały czas za to pieprzy jak to powinna brać pieniądze, jak to taka praca z workaway to dla niej tylko strata czasu, a czas to pieniądz. Pani opowiada też, że zamierza założyć Airnbnb, ale takie, w którym nie będzie nikomu wolno wejść do kuchni, ani otwierać lodówki, bo ona za tę lodówkę zapłaciła 2000 euro i kto jej za to zapłaci, jak się drzwiczki urwą? Nie będą też mogli mieszkać sami, tylko z nią w pokoju, bo ona ich musi pilnować.


Na wszelki wypadek omijam lodówkę szerokim łukiem.



Umowa była taka, że pracujemy 3 godziny rano i dwie wieczorem. Przy czym po pracy rano mam się wynieść z mieszkania i wrócić dopiero wieczorem, ale nie później niż 19:30, bo ona musi mieć swój czas odpoczynku.


Czyli mniej więcej te same zasady, które zamierza zaoferować turystom, biorąc od nich 60 euro od osoby za noc (a docelowo 90) ;)


3 godziny minęło, grzejnik wyszorowany, ale nie - mamy jeszcze inną robotę do zrobienia, ale to tylko chwilka.


Przy czym pani ma zdolność koncentracji na poziomie naćpanej mefedronem norki. Wchodzi do pokoju, zawraca, idzie po coś, ale tam znowu zawraca, przejdzie korytarzem, potem wróci tym korytarzem do kuchni, weźmie szczotkę, żeby zamieść korytarz, zamiecie go, po czym wraca do kuchni odnieść szczotkę i tam znów już chce zamiatać, bo przecież znowu przeszła.


I cały czas gada. Serio. Po trzech godzinach niektóre historie słyszałem już po cztery razy. Głównie te o pieniądzach i bezsensie workawaya, skoro profesjonalista zrobi to szybciej i lepiej. I o tym, że kradną i w ogóle. A i czas to pieniądz.


Zaczynamy więc nową, "krótką" pracę. Mamy wyprać jej kołdrę. W wannie. Ona wie jak to się robi, oglądała filmik na youtubie, który wszystko tłumaczy, więc luz.


No i pierzemy. Kołdra łapie wodę i robi się cięższa niż twitterowe żarty Jacka Piekary, wszędzie leje się woda, ja spocony, cała łazienka uwalona (pani daje mi swoje różowe butki - to nie jest zły człowiek!), sąsiedzi już pewnie zalani, na mnie pył z grzejnika zaczyna się zlewać w białe smugi... Pani w połowie zamiera (tzn. przestaje mówić, a jak już się zorientowałem, w jej przypadku prawdopodobnie oznacza to śmierć), bierze oddech, otwiera znowu usta i mówi:

- Co teraz?


Okazało się, że filmik na youtubie pod tytułem: "jak prać kołdrę" miał dwie części, a ona widziała tylko pierwszą.


Pracę kończymy 14:30. Przypominam, zaczęliśmy o siódmej. Siedem i pół godziny. Plecy mnie rypią, ręce starte, nic mi się nie chce, do centrum godzina drogi, a o 19:30 i tak mam być z powrotem.


Pani mówi, że rozumie, że to zajęło 7 godzin, ale ona obliczyła, że ta praca zajmie 3. I to nie jej wina, więc co my teraz zrobimy?


To dopiero drugi akt tej tragikomedii, ale to jest ten moment, w którym w mojej głowie pojawia się pętla myśli: "Mam 29 lat, jestem na to za stary. Siedzę u jakiejś wariatki, robię z siebie idiotę, żeby oszczędzić parę euro. Wracam do Polski, wracam na etat, jebać, będę wklejał słupki do excela, pracował w weekendy, ale jak już pojadę na urlop, to będę mógł omijać szaleńców".


Niestety, mój plecak jest w piwnicy, więc wybieganie z krzykiem nie wchodzi w grę.

CDN


3 wyświetlenia