Pani Norka cz.1

Kiedy jedzie się gdzieś samemu, zwłaszcza na początku, najbardziej uderza samotność. Gęsta nieprzyjemna emocja nowego miejsca, które nie akceptuje Cię tak, jak byś tego chciał.


Pierwsze kilka dni były nieprzyjemne. Z jednej strony piękno Paryża, z drugiej proza faktu, że jestem w nim biedakiem. Moja urocza rodzicielka tuż przed wyjazdem pochwaliła się wiedza o stolicy Francji. Mieszka w niej 10 000 bezdomnych Polaków.

Możliwe. Dziś widziałem pana w metrze, który śpiewał ojczyste szlagiery.

Dopadła mnie jeszcze choroba, którą chyba przywiozłem z Polski, a zatem kaszel, brak kasy i pełny mrok.


Na ponurej emocji zagubienia, postanowiłem zaryzykować z serwisem workaway. Zasada jego działania jest prosta - 3-4 godziny pracy dziennie w zamian za nocleg, czasem też jedzenie. Serwis był dla mnie szczęśliwy w Kapsztadzie, może więc byłby i w Paryżu.


Miałem szczęście. To znaczy myślałem, że mam. Zgłosiła się pani, której potrzeba odrobinę pomocy przy renowacji mieszkania, niedaleko Lasku Bulońskiego. Pani najpierw poprosiła o telefon. Tu ciekawostka dla Was: roamingu w UE nie ma tylko, jeśli dzwonicie np. z Polskiego numeru na Polski. Z Polskiego na obcy płacicie normalnie.


Na telefon się zgodziłem pod warunkiem, że pogadamy krótko. Gadaliśmy kilkanaście minut, to znaczy ona gadała, a przy cenie prawie euro za minutę, zacząłem się zastanawiać, ile ja tak naprawdę oszczędzam. Umówiliśmy się wstępnie na dwa dni noclegu i dłużej - jeśli będziemy się dogadywać. Szczęście!


Potem pani poprosiła, żebym dosłał jej skany moich dokumentów. A potem jakiś rachunek, który potwierdza mój adres zamieszkania. Dziwne, ale co tam - pewnie samotna kobieta, to zrozumiałe. Może się bać.


Potem kazała przyjechać o 6:45. Biorąc pod uwagę obrzeża miasta, musiałem wstać o 5 rano. Bajka.


Przyjeżdżam, a tam Pani - okazuje się - podała fałszywy adres. Mieszka przy innej ulicy, ale chciała zobaczyć mnie przez okno. Ok.


Witamy się i... Pani prowadzi mnie do piwnicy. Słońce jeszcze nawet nie wzeszło, ale po Kapsztadzie to nie robi na mnie wrażenia. Pani prosi, żebym wyjął wszystkie rzeczy z plecaka - tak, żeby mogła je wszystkie obejrzeć, zapakował do toreb... Po czym zamyka mój plecak w piwnicy.


Poważnie. Zamyka mój pusty plecak w piwnicy. Żebym "nie ukradł czegoś i nie wyjechał bez jej wiedzy". Bo, widzicie, ktoś już ją kiedyś okradł. Konkretnie: jakiś koleś zabrał jej poszewkę na śpiwór. Poszewka jest warta 1 euro, ale to też pieniądze (i nie przyszło jej do głowy, ze może wziął ją przez przypadek). Więc teraz musi uważać.


Na górze, w mieszkaniu, kolejne oględziny, tym razem mojego małego plecaka. Wyjmuje wszystko, kładę przed nią, ona ogląda. W trakcie tej małej kontroli osobistej pani nie zamyka ust.


Opowiada o tym, że wcale nie musi robić workawaya, że ludzie powinni jej płacić. Że taki nocleg tutaj jest wart z 60 euro. Że powinna od workawayowców żądać kaucji, tak z 1500 euro, ponieważ mogą jej tu coś zepsuć i kto jej wtedy zapłaci? Że ona wcale nie musi robić workawaya, że ludzie powinni jej płacić...


Pani mówi bardzo dużo i zaczynam powoli wierzyć w to, że istnieje gatunek ludzi, którzy nie potrafią myśleć, nie werbalizując tego, co myślą.


Ale prawdziwa jazda zaczyna się, kiedy zaczynamy pracować.


CDN

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com