Operacja "Paryż"

Także tak. Jestem w Paryżu. Nie do końca jestem w stanie prześledzić, jak to się stało.


Niedawno byłem w Budapeszcie. W pakiecie do wyjazdu do Afryki są szkolenia, w trakcie których można spojrzeć na świat i jego historię z afrykańskiej perspektywy. Okazuje się ona równie "obiektywna" jak europejska. W mojej ocenie, nawet mniej. Co potwierdza moją myśl, że ofiary nie są wcale bardziej obiektywne od dzieci katów.


Ale nie o tym dziś mowa. Spotkałem tam dawną znajomą, jedną ze znajomych, z którymi zawsze mieliśmy świetny kontakt i pisaliśmy sobie długie do porzygu mejle, wymieniając się kulturą, książkami a najbardziej chyba doświadczeniem kilku miesięcy, które oboje spędziliśmy wtedy w Hiszpanii.


Oboje uwielbiamy Casablankę (don't judge me!). A znajoma - w odróżnieniu ode mnie - ma życie. Ma męża, ma wymarzoną pracę w zawodzie, w najbardziej prestiżowej instytucji na Węgrzech i ma raptem dwadzieścia pięć lat.


Jak się zapewne domyślacie, jest przerażona. Chciała przygód, chciała podbijać pustynię jak Lawrence z Arabii, a jedyne co podbija to bilet w tramwaju. Chciałaby uciec. Też bym chciał. Mój rekord pół roku pracy na etacie i tak był mocno wyśrubowany.


Tak sobie rozmawiamy w kawiarence kina i - dla zabawy - nawiązujemy do Casablanki. Między nami (mną i znajomą; Casablanki w to nie mieszajmy) nigdy nic nie było, ale zawsze istniało pewne napięcie dwojga ludzi, którzy mają niezdrowo dobry kontakt. Dla zabawy sprawdziłem ceny biletów do Casablanki na następny dzień.


Są tanie. Ba, są tanie, ale to cena dla dwóch osób (skyscanner nigdy wcześniej mi tego nie zrobił - na ogół jest świadom mojej samotności i odnosi się do niej z szacunkiem). Normalny człowiek by się uśmiechnął: cóż za zbieg okoliczności!


Na nas opadło to głuchym ciężarem przerażenia. Powinniśmy! W pewnym sensie wszystkie te deklaracje o życiu coś chyba znaczyły, a skoro bilet jest tani, a my nie pojedziemy, to trzeba będzie spojrzeć w lustro i uświadomić sobie, że tak naprawdę szukamy oboje wymówek, żeby nie robić tego, na co niby mamy ochotę.


Ni i ufff, znalazło się! Nie wziąłem paszportu.

Także Casablancę mieliśmy z głowy. Ale, że było to po drugim szprycerze, sprawdziłem bilety do Paryża. W filmie Casablanka pada taki zdanie między dwojgiem ludzi, których w sumie też nic nie łączy: "Zawsze będziemy mieli Paryż".


Sami pewnie wiecie, że bilety do Paryża są super tanie.


I tak, dusząc się atmosferą gęstą jak przed pierwszym pocałunku nastolatka przegadaliśmy cztery godziny wszystkiego. Ona chciała, ja ją przekonywałem, że nie, ona mówiła, że trochę jestem palantem, skoro ona stawia na szali całą karierę i małżeństwo, a ja ewentualną tęsknotę psa, który chyba już mnie nawet nie poznaje, potem ona bardziej nie chciała, a ja zacząłem się wahać i tak dalej i tym podobne.


Rozstaliśmy się bez decyzji. Pogadamy jutro, bla, bla. Co, oczywiście, było decyzją. Ja pojechałem do Budapesztu, ona podbić bilet w tramwaju.


Tydzień później wracałem znów przez Budapeszt. Jak się zapewne domyślacie, znajoma nie zaoferowała mi noclegu. Tzn. zdaje się, że coś do powiedzenia miał mąż. I bardzo dobrze; znaczy - rozmawiają - i może faktycznie przypadkowy typ z Polski nie powinien im burzyć domowego miru.


Ale poszliśmy do kina.

Jest taki film "Call me by your name". To film o dwóch zakochanych w sobie mężczyznach, ale zrobiony tak, że niezależnie od orientacji, przypominają Ci się własne młodzieńcze miłostki, porównujesz je z filmem, czujesz, że przegrałeś życie i tęsknisz mocno za czasem wolności, którego w sumie to miałeś może ze trzy miesiące po maturze.


Byliśmy na tym filmie z jej mężem. Super gość. Potem pogadaliśmy, znów siedliśmy w kawiarni, zrobiliśmy szprycera i każdy poszedł w swoją stronę. Oprowadzili mnie nawet tropem swego poznawania się. Było miło.


Ja poszedłem do hostelu i rano poleciałem do Polski.


Mniej więcej o jedenastej w poprzedni poniedziałek dostałem mejla. W mejlu był bilet do Paryża od znajomej.


Zawsze mówiła, że powinienem tam jechać. Zamieszkać w księgarni Shakespeare and Company, która oferuje darmowy pobyt wędrowcom. Miałem pisać.


Bez biletu powrotnego, bez alternatywy w postaci mieszkania, bez niczego, tylko z pomysłem.


W Paryżu jestem, ale nic poza tym nie poszło z godnie z planem. I już widzę, że pomysł, żeby tym razem dać Wam spokój i nie pisać tu nic jest chybiony.

Dzieje się.

4 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com