O Tinderze w Maroko, część druga.

Maroko!

Kolejna opowieść i znów o tinderze (zachęcam do czytania serii po kolei).


Skończyliśmy na tym, że dziewczyny na spotkanie przyszły we dwie, w tym jedna w hidżabie. Umówmy się – jest przygoda, ale jest też i pewien niepokój, cóż owa pani pod tym hidżabem chowa. Na szczęście jestem starym wyjadaczem @Allegro, więc wcześniej, jeszcze przez Tindera, poprosiłem o foteczki. Na tej podstawie ustaliłem, że jednak moja „randka” to ta rozebrana.


Tzn. ubrana, ale mniej.


I tu mała przerwa na reklamę. Dzisiejszy post sponsoruje Tadeusz Michrowski i jego Gra w Yoté. Wersję audiobook możecie na być już od dziś w Audiotece:

https://audioteka.com/pl/audiobook/gra-w-yote

Poczuj na twarzy powiew środkowoafrykańskiego wiatru wraz z szeptem lektora w słuchawce. Poczuj mróz polskiej zimy i gorąc walki o wolność, której granice wyznacza… No właśnie, kto? A tak poza tym to naprawdę spoko książka, taka nie za mądra nie za głupia. W sam raz.


Wracając ma południe… Skoro już udało się ustalić, że jednak nie będę zgadywał, co znajduje się pod hidżabem, pomyślałem, że w takim wypadku bardziej tradycyjnie ubrana pani jest zapewne przyzwoitką. Uznałem, że będę tolerancyjny i w ogóle super. Od dawna nie byłem na randce, a co dopiero z przyzwoitką!


No, ale jednak nie.


Otóż dziewczę, z którym się umówiłem (nazwijmy ją D.) uznała, że przyjdę z kumplem. Kumple byli akurat w Polsce, planowali śluby, niańczyli dzieci i pracowali sobie spokojnie, więc nie do końca było dla mnie jasne skąd ten pomysł.


No cóż.


D. rozmawiała na tinderze z innym Polakiem, który spał kilka dni wcześniej w tym samym miejscu co ja. To doprowadziło ją do przekonana, że jesteśmy kumplami, a randka będzie podwójna. Była więc wielce zaskoczona, że nie wziąłem ze sobą Piotrka, Adama, czy jak mu tam. Pokazała mi nawet jego zdjęcie, na co oświadczyłem, że no niestety, ale typa nie znam.


Pierwsze dziesięć minut spędziliśmy więc na wyjaśnianiu tego wszystkiego i ustalaniu, że nie, nie robię sobie żartów. Nie, to nie jest tak, ze Piotrek, Adam czy jak mu tam nie chciał przyjść. A może Piotrek, Adam czy jak mu tam chowa się za kamieniem a wszystko to taki polski żart?


No, ale jednak nie chował się.


Zastanawiacie się zapewne jak do owej pomyłki doszło. Wszak musieliśmy rozmawiać, pisać do siebie itd. Owszem, też mnie to zafrasowało. Ale już pierwsza minuta konwersacji ujawniła, że D. używała chyba głównie google translate, bo okazało się, że ten dosyć dziurawy angielski, którym władała w piśmie, w mowie nadaje się do utrzymania konwersacji jak rybacka sieć do przelewania wody. Szybko więc okazało się, że muszę używać mojego francuskiego.


I nie, nie tego, o którym myślicie.


Po wyjaśnieniu pomyłki, koleżanka D. skryła się gdzieś między budynkami a ciemnością nocy, a my poszliśmy na spacer. Nie pamiętam już, ile D. miała lat, ale były to dolne wartości dwudziestu.

Zaproponowałem, żebyśmy gdzieś usiedli. Kawa, herbata, czy cuś, bo zimno i piździ od morza.


„Pas possible”.

Eeeee?

« Il n’y a pas un café»


Czego jak czego, ale kawiarni to było tam od cholery.


Dochodziliśmy do tego pięć minut, ale w końcu się udało. W tej części miasteczka do żadnej z kawiarni kobieta nie mogła wejść razem z mężczyzną. Turyści turystami, niech sobie tam robią co chcą, ale porządny Marokańczyk nie będzie przebywał w miejscu publicznym z niespokrewnioną z nim kobietą. Pozostało nam więc tylko chodzić pomiędzy brudnymi czteropiętrowcami i gadać. No cóż, o czym gadaliśmy? O tym, o czym zawsze się gada, czyli trochę o wszystkim i o niczym.


D. opowiedziała mi, że jej marzeniem jest wynieść się szybko z Sidi Ifni, które jest pięknym miejscem, miejscem pielgrzymek wielu turystów i chyba nawet kilku kadrów z Gry o Tron, ale jest też miejscem szalenie nudnym. Dla młodych jest też swoistym więzieniem (jak to często bywa z bardzo małymi miejscowości i w Polsce), ale najbardziej jednak dla dziewcząt. D. bardzo chciałaby wyjechać do dużego miasta - jak Marrakesz - gdzie sama mogłaby decydować o tym jak i z kim żyje.


W małych miejscowościach do wielu knajp nie możesz wejść nawet z koleżanką. Ojciec wciąż decyduje w większości rodzin, a przemoc domowa, czy w ogóle przemoc na linii mężczyzna-kobieta jest dosyć częsta. Nie bardzo też jest co z tym zrobić.

Koniec końców więc wykorzystałem okazję, żeby dowiedzieć się więcej o kulturze damsko-męskiej Maroka. I, cóż... Sądziłem dotąd, że jest jak na region to jest to naprawdę w porządku, progresywny kraj. W tym sensie, że w dużych miastach nie ma wielkiej różnicy w porównaniu z Europą, ale D. uświadomiła mi jak bardzo są to "wyspy", nie reguła. D. bardzo daleka też była od akceptowania tego stanu rzeczy, ale nie do końca miała, co z tym zrobić. Poza zwianiem gdzieś daleko. Poza Marrakeszem wspominała też o zagranicy.

Kumacie metaforę?


Jeśli chodzi o „randkową” część tamtego spotkania, to było miło. I tyle. To tylko jeden przykład, ale poczułem coś, co - wzdrygam się trochę przed tym określeniem - wydawało mi się dużą różnicą dojrzałości. A może po prostu pewności siebie?


D. była ewidentnie progresywna i – jak wynikało z tego, co mówiła – bardziej otwarta od koleżanek, ale jednak coś w niej zdradzało bardzo dużą delikatność i – hm – bezbronność? To tylko dowód anegdotyczny, nic nie znaczy, ale zastanawiałem się, czy nie jest to aby efekt kulturowy. Może to ograniczenie kontaktów między płciami sprawia, że są one wobec siebie bardziej zachowawcze? Znajoma z ekspertyzą egipską twierdziła podobnie.


D. to nie była dziewczyna, którą spotykasz na plaży, flirtujecie, a po butelce alkoholu siadacie na dachu i czasem tak zasypiacie albo każdy zatacza się w swoją stronę… A czasem nie. To była raczej dziewczyna opowiadająca o romantycznych miłościach, pisaniu sobie listów, a jej progresywność wyrażała się w tym, że w kraju, w którym dopiero w tym roku zakazano aranżowanych małżeństw (tzn. zmuszania do nich) sama będzie mogła wybrać, z kim będzie dzielić życie.


Było to urocze, ale jednak urocze w sposób uruchamiający uczucia przede wszystkim opiekuńcze. Pogadaliśmy sobie jeszcze, podziękowałem za ten pouczający spacer i D. i tak randka z Tindera w Maroko skończyła się tak, jak pewnie kończą się często randki z Tindera na całym świecie, czyli w sumie nieciekawie.


Ale nie tak kończy się Gra w Yote, którą już od dziś... Zresztą, sami wiecie 😉

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com