© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Nie jesteśmy "lepsi", bo mieszkamy w Europie

Kontynuując wątek z wczoraj, polecam filmik (trwa 1:30 min.): https://www.youtube.com/watch?v=yZ1LwyFp8TU


Nic dodać, nic ująć. I tu kopnę delikatnie w Wardęgę. To, co robi Sylwester, to właśnie budowanie tego obrazu, że jesteśmy "lepsi", bo jesteśmy tu. To wciskanie ludziom w Europie do głów przekazu, że to ta "lepszość" sprawia, że mogą pomóc.


To nieprawda. Nie jesteśmy lepsi.


To ułuda. To poczucie lepszości, czy wyższej moralności przyrównać można do tego, które mieszkaniec miasta odczuwa czasem wobec mieszkańca wsi, a magister wobec absolwenta zawodówki. To, że masz więcej możliwości, nie oznacza, że jesteś lepszy, że po Twojej stronie stoi obiektywna racja i prawda. Masz więcej przywilejów, tylko tyle.

Wiecie na przykład, kto w Polsce jest najbardziej skłonny do narzucania swojego poczucia moralności innym?

Nie, nie tak zwane biedne, "ciemne masy". Badania socjologiczne (cytując za Maciejem Gdułą z "Nowego autorytaryzmu") wskazują, że to reprezentanci klasy średniej są najmniej tolerancyjni wobec innych modeli życia niż ich własny.


Poczucie wyższości zamyka się więc raczej w aroganckim przekonaniu, że to my jesteśmy wyznacznikiem tego jak powinno się żyć.


Zastanówmy się, w jaki sposób przekaz białego, który myje nóżki brudnym dzieciom i w akompaniamencie smutnej muzyki tuli sieroty - bo przecież to tylko "środek" i ważny jest cel. Tylko że kształtuje sposób myślenia całych społeczeństw.


zdj. www.karlanorton.co.nz


Chodzi o tę dziwną relację, która się tworzy. Ja, będąc z Europy, zaczynam czuć, że moja pozycja to pozycja mesjańska, bo tylko to widzę. Widzę umierające dzieci, widzę głód i biedę, tylko głód i biedę, jak gdyby było tam tylko to i zawsze karmią mnie informacją: to JA (albo ktoś podobny do mnie) może to zmienić.


Ale przecież JA nie jestem mesjaszem. Ludzie, których obserwuję mierzą się z problemami, których nigdy nie miałem. Oni w naszym środowisku ekonomiczno-społecznym odnaleźliby się pewnie szybko... Ale czy my przetrwalibyśmy w ich?

I naprawdę to JA jestem lepszy? Ja znam odpowiedzi i powinienem prowadzić ich za rękę?


Czy przy retoryce mesjasza to takie dziwne, że Afryka roi się od małych, "białych" organizacji, które przychodzą i od razu "wiedzą" jak rozwiązywać problemy, których nie rozumieją?


Przykład. Film Poverty Inc. opisuje sytuację wielkiego producenta butów, który za każdą zakupioną parę w USA, dawał jedną za darmo rodzinie gdzieś na globalnym południu. Super, tylko że odebrało to pracę wszystkim szewcom tam i skazało wielu z nich na nędzę. Zadało więc kolejny cios słabej gospodarce, której efektem był ów brak butów. Mamy buty, ale nasza społeczność jest jeszcze biedniejsza i bardziej zależna niż przedtem.


To nie jest zupełnie jasna sytuacja, bo przecież dzieci chodziły tam bez butów, gdy szewcy żyli w najlepsze... Ale zwróćcie uwagę na naiwny mechanizm węzła gordyjskiego i białej ręki, który za tym stoi.


Ktoś przyszedł, zobaczył problem i bez zastanowienia stworzył potężną kampanię, żeby go rozwiązać. Czy zrobiłby to, gdyby zobaczył bose dzieci w Hiszpanii? Nie wiem. Jest jednak tak, że przemysł medialnego przekazu w kontekście "tamtego" świata daje nam nieuzasadnione poczucie wyjątkowości, wrażenie wiedzy, której nie mamy i misję, wezwanie do działania, które nie zawsze ma pozytywny efekt.


U podstawy tego wszystkiego leży to fastfoodowe poczucie wyższości. Prosty mit: beze mnie sobie nie poradzą. Ja myję dziecko, ja buduję sierociniec, ja muszę pojechać, ja muszę pomóc. Jak mawia moja wspaniała znajoma: ja, ja, ja.


I znów: to nie tak, że nie warto pomagać. Warto. Ale jako partnerzy, nie mesjasze.

13 wyświetlenia