Marrakesz i ciąg dalszy, czyli teatr

Stanęliśmy na tym, że wielką siłą woli wyrwałem się spośród tłumu berberyjskich rabusiów… czy tam kupców. Tak poważnie to oczywiście było to typowe doświadczenie, w którym całe emocje wynikają z perspektywy, nie rzeczywistego zagrożenia. Ale jednak trochę się podkurwiłem.


Fascynującą cechą kupców w Marrakeszu jest ta zdolność do nagłego zmieniania stanów emocjonalnych. Przymilność przechodzi w obrazę, ta we wściekłość i mając za jedyną obronę kulturowe normy północnej Europy niełatwo się odnaleźć.



Wymęczony tym starciem poszedłem gdziekolwiek i oczywiście po pięciu minutach ktoś spytał mnie: „Where are you going, my friend?” po czym zaczął ciągnąć w nowym kierunku. Wyrwałem się szybko, żeby wpaść w kolejne szpony, znowu się wyrwać… Wąskie uliczki robiły się coraz węższe. Dusiły spaliny skuterów.


Wpadłem do sklepu, żeby odetchnąć, ale tam znowu mnie nagabywano, to samo w kolejnym, aż wreszcie tak bardzo potrzebowałem chwili ciszy, że wpadłem do chłodnego cieniem sklepiku, byleby tylko odetchnąć. Z tego samego powodu, na odwal się, zacząłem udawać zainteresowanie czymkolwiek. Rzuciłem cenę dziesięć razy niższą od tego, co mi zaoferował właściciel, szczęśliwy, że mam wreszcie spokój.


Właściciel serio się wkręcił, bo gdy ja próbowałem pozbierać emocje do kupy, on powiedział, że przedmiot, który chce mi sprzedać jest bardzo stary (tak, tak, jeśli wyobraziliście sobie zachrypnięty szept i spojrzenie rodem z filmu grozy, to słusznie – właśnie tak było!) i musi spytać szefa… Po czym podszedł do stojącego przed sklepem żulika i zaczął coś do niego mówić. Nie wiem sam, czy tym teatrem bardziej zdziwiony byłem ja, czy żulik, w każdym razie „zgoda została wydana”, więc powstrzymując śmiech, czym prędzej zwiałem, tłumacząc, że moja nieistniejąca partnerka właśnie wysłała mi sms z decyzją o ślubowaniu skromności (tak serio to powiedziałem, że napisała, że jej się nie podoba).


Przygoda trwała. Gdziekolwiek nie chciałem uciec poza główne ulice, ktoś zaraz zastępował drogę, próbował coś wepchnąć albo mówił:" tylko dla muzułmanów" i zawracał mnie w stronę kupieckiej części.


Wtedy, wymęczony słońcem, nerwami i krzykami poszedłem na dach jakiejś knajpy zjeść byle co.


Dach ten stał przy placyku, jednym z wielu w Marrakeszu.


Tak się jednak akurat złożyło, że siedziałem tam sam. Posiłek trwał pół godziny (sprzedawca próbował zaśpiewać mi dwa razy wyższą cenę za napój, mimo, że była wypisana wielkimi literami na szyldzie), a ja przez ten czas obserwowałem plac w dole.

Turyści przemykali przez niego, a handlarze i przewodnicy wyłaniali się z cienia, atakowali, zagajali.


Wtedy dopiero dotarła do mnie skala tego teatru.



Banalne zagajenia, banalne targi i banalne emocje, które są banalne dopiero, gdy patrzy się na nie z boku. Gdy widzi się pętlę tych samych wydarzeń.


To, co dla tysięcy odwiedzających kraj turystów jest, powiedzmy, traumą, jest tak naprawdę starą, skrzypiącą pozytywką. Rutyną. Karciarzem z jednym trikiem. Gościem z kobrą, która robi wrażenie przez pierwsze dwie minuty, a turysta, który odwiedza kraj po pięciu latach rozpoznaje tego samego węża i tego samego zaklinacza.


Nie wiem, ile osób handluje w medinie Marrakeszu, ale nie jest ich wcale tak wiele. Uliczki, gdy pozna się ich rozkład lepiej, przestają być ciasne i duszne są jakby mniej.

Wszystko to działa tak mocno, bo wydaje się obce. W innym, dziwnym świecie dajemy się ponieść jego „opowieści”, stereotypowi, nawet jeśli wydaje nam się, że jest inaczej. Ci, którzy warczą i klną na każdego, kto się zbliży, są takimi samymi niewolnikami niewidzialnej bariery, jak ci, którzy pozwalają kręcić sobą jak dziećmi.


Ten wniosek nie sprawił, że stałem się nagle superherosem, ale postanowiłem, że przejdę przez medinę. Wybrałem najdłuższą drogę.


Za każdym razem, gdy ktoś pytał mnie, gdzie idę, odpowiadałem, że nie potrzebuję pomocy. Gdy, mówiono: „Tylko dla muzułmanów”, odpowiadałem „okej, okej” i szedłem dalej. W Maroko nie ma żadnych stref tylko dla muzułmanów. To brednia.

Byłem miły, ale bardzo zdecydowanie udawałem, że wiem, gdzie idę. Ludzie przyjmowali to.



Gdy minąłem wreszcie mur mediny i wyszedłem na otaczającą go ulicę, szeroką, rozległą i pełną dalekiego horyzontu tak bardzo, ze aż szczypały oczy, czułem się jak gdybym wyszedł z więzienia. Poczułem na twarzy wiatr i powietrze w płucach, które było niemal świeże.


To nie był ładny widok. To były stare samochody i osiedla, jak u nas, tyle że niższe i ciemniejsze. Ale był to wreszcie prawdziwy świat. Ludzie, którzy nie zwracali na mnie uwagi. Albo zwracali inaczej: jak na ciekawostkę, nie cel. Potem obszedłem medinę i trafiłem to nowych dzielnic Marrakeszu, które przypominają wielkie europejskie miasta.

Miałem problem z marokańską kartą telefoniczną, wszedłem więc do serwisu i poprosiłem o pomoc. Facet rozwiązał problem czterema przesunięciami palca po telefonie, po czym patrzył na mnie zdziwiony, gdy nie wychodziłem przez chwilę. Nie chciał żadnych pieniędzy.


Zjadłem kolację w knajpce przy drodze i nikt mnie nie oszukał i nikt się nie targował. Marrakesz z dala od szlaku turystów był zupełnie zwyczajny, tak jak ludzie w nim.



0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com