Maroko car scam

Aktualizacja: 24 wrz 2018

O tym, jak nie podróżować po Maroku.


Plan na Maroko był bardzo prosty. Jechać, dostać się na pustynię, zniknąć. Znalazłem sobie workawaya w miejscu, które zwie się Tagounite. To „prawdziwa” Sahara, nie to co Merzouga. I w ogóle. Lubię proste plany, ponieważ stosunkowo trudno je schrzanić.

Oczywiście mnie się udało.


Ekipa rozrosła mi się o dwoje pięknych ludzi, a pierwszy tydzień w Maroku był wspaniały i idealny, ale co Was to obchodzi.


Zamiast realizować workawaya skontaktowałem się z dżentelmenem stamtąd, że może byśmy – wiecie – po prostu pojechali, zapłacili komuś z lokalnych zamiast biura podróży i poczuli „prawdziwą Saharę”.


Dostałem numer telefonu do Ikhlifa. Ikhlif od początku okazał się śliski jak chodnik w styczniu. Gadaliśmy po francusku. Ikhlif mówił po francusku dosyć średnio, ja mówię dosyć beznadziejnie, więc musiało wyjść czyste złoto.


Ikhlif wysłał zdjęcie:


Pierwsze, o co miałem ochotę spytać, to: "Na chuj mi ten wielbłąd?". Najbardziej jednak zmartwiło mnie, że oferta wyglądała podejrzanie turystycznie. Odezwałem się do gościa z workaway, a ten zbył mnie: "Tak, tak, Ikhlif pokaże ci prawdziwą pustynię".


I tak się stało. Dogadani co do ceny pojechaliśmy na miejsce, gdzie zastaliśmy coś takiego:



Myślicie pewnie, że mogło nas spotkać coś gorszego. Cóż, magia dobrego kadrowania.

Pomogę sobie drugą fotografią:

Żadna z tych wydm nie miała więcej niż pięć metrów wysokości. Żadna nie była szersza niż kilkanaście i dłuższa niż kilkadziesiąt. To nie była pustynia. To była piaskownica.


Mieliśmy w tej piaskownicy spędzić dwa, tak, dwa dni. To była pustynia dla ubogich, pustynia dla Niemek, które przyjeżdżają wypinać wyleginsowane tyłki na zajęciach jogi i smutnych wielbłądów, które całe życie kręcą się tam w kółko jak rybki w akwarium.


Ruszyłem więc do Ikhlifa, uświadamiając sobie, że w moim zasobie francuskiego ostało się chociaż "C'est pas juste". O finale mojej małej kłótni dowiecie się niedługo, ale okazało się, że "C'est pas juste" było motywem tego dnia.


W namiociku, na dywaniku niedaleko Ikhlifa siedziała para. Francuso-niemiecka kondo..., tfu, para. To dla nich dzisiaj się tu zebraliśmy.


Wyglądali mniej więcej tak (zdj. Napoleon.org).


Oni również zapragnęli pojechać na pustynię. Postanowili, że olać biura turystyczne i ahoj przygodo. Być może nie wiecie, możecie nie wiedzieć, ale po przekroczeniu Atlasu Maroko ciągnie się jeszcze setkami kilometrów. W większości przypadków, gdy pokonuje się je (całkiem niezłą skądinąd drogą), na poboczach nie ma nic.


Dziesiątki, setki kilometrów niczego. Napoleon i Luiza (ich prawdziwe imiona uchronimy przed potomnymi) zobaczyli na poboczu jednej z tych dróg... Samochód. I mężczyznę machającego na nich z daleka.


Tu uwaga: to nie są puste drogi rodem z południa Afryki. W Maroku ruch bywa spory, a tą trasą przemieszcza się większość krajowego transportu. Wszyscy mieli tego kierowcę gdzieś.


Jako że Napoleon i Luiza byli ludźmi empatycznymi, zatrzymali się i tak zaczyna się ich opowieść. Przy samochodzie stał Pan Łasica. Pan Łasica oświadczył, że jego auto wysiadło, noc lada moment, a on potrzebuje pomocy. W najbliższym miasteczku mieszka jego brat. Pan Łasica nie śmie prosić o więcej, ale niech podjadą pod wskazany adres i powiedzą bratu, że gdzieś tam Łasica potrzebuje pomocy. Tak też uczynili.


Wiecie już, że spotkałem bohaterów tej historii, więc nie będzie tu żadnych morderstw. Przeciwnie. Dowiedziawszy się o wspaniałym czynie Łasica-Brat, natychmiast kazał Napoleonowi i Luizie zostać w domu, bo przecież nie godzi się nie podziękować.


A nie oszukujmy się, w tym punkcie, stopień zajebistości francusko-niemieckiej sięgał szczytów. Zaczekali więc. Wkrótce obaj Łasicowie wrócili i na stół wjechała berberyjska herbatka, zwana także "berberyjską whisky" (ze względu na kolor).


Co tu dużo gadać, cały kraj pełen dorosłych mężczyzn prześciga się w tym, żeby mieć w herbacie jak najwięcej bąbelków.


Na tym etapie bracia Łasicowie postanowili zachować się honorowo. "Pomogliście nam, dajcie się odwdzięczyć. Mieliście jechać do Merzougi, na turystyczną pustynię, dajcie nam sobie zorganizować wyprawę na prawdziwą Saharę".


Jeśli poczytacie w necie, to okaże się, że rzeczywiście część niedaleko Tagounite jest "prawdziwszą" Saharą. Jest też mniej ładne, ale co tam.


Z początku Napoleon i Luiza nie chcieli nadużywać gościnności, ale jeśli jest ktoś, to potrafi Cię przekonać do wszystkiego, to ten ktoś prawdopodobnie mieszka w Maroko i łatwo da się porównać do niewielkiego zwierzęcia futerkowego.


Bracia Łasicowie zaczęli więc organizować wyjazd, wszystko w przemiłej atmosferze uśmiechów i poklepywania. Napoleon nie był jednak głupi i gdy zaczął wpłacać kolejne "raty" zaczął orientować się, że coś jest chyba nie tak. Próbował negocjować cenę, ale Pana Łasicę to obrażało. On miałby zaoferować złą cenę komuś, kto uratował mu skórę? Pan Łasica gniewał się bardzo wiarygodnie.


A my, w Europie, jesteśmy ciapami i chcemy, żeby nas lubili. Kultura działa na nasza niekorzyść. Napoleon kiwał więc tylko głową.


I tak spotkaliśmy Francuza i Niemkę u wrót Sahary. Każde z nich zapłaciło cenę co najmniej czterokrotnie wyższą od rynkowej! Pan Łasica przyszedł wieczorem i starał się udawać, że nie ma ich w dupie.


Fascynujące jest jednak coś jeszcze. Pewne konsekwencje, które nazwałbym... Etycznymi.

Pan Łasica zmanipulował ich bardzo pięknie, ale - technicznie rzecz biorąc - nie oszukał. Dobra, gniewał się, ale czy nie ma prawa być człowiekiem emocjonalnym? Zgodzili się co do ceny i co do usługi, nikt nikogo do niczego nie zmuszał.


Zadziałało coś innego.


Aura kraju. Stawiam orzechy przeciwko kamieniom, że w każdej chwili Napoleon i Luiza mogli się wycofać. To oni uwierzyli, że są w sytuacji bez wyjścia, że ich pieniądze przepadną, jeśli teraz zrezygnują, że są "w pułapce". Każde z nich mówiło po francusku i w razie kłopotów mogliby wezwać policję, która pewnie kazałaby Łasicy zwrócić im większość pieniędzy. Byli jednak na środku pustyni i zdawało im się, że wyjścia nie mają.


To nie jest tak, że czuję się od nich lepszy - może nie aż tak, ale sam wpakowałem się w kilka sytuacji o podobnych mechanizmach. Przyznam - jestem zafascynowany. Wymyślność mechanizmu oszustwa to jedno, a drugie to skuteczność emocjonalnej gry, wyrachowanie w bardzo silnych, często wyrażanych krzykiem, emocjach.


Potem, już wspólnie, dowiedzieliśmy się z internetu, że trick z kierowcą, któremu zepsuł się samochód jest stary jak świat. Tak stary, że nawet Europejczycy łapią się na niego coraz rzadziej.


CDN

93 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com