Kultura

Szukałem noclegu w Paryżu na wiele sposobów. Zwykle chaotycznie i bez większego planu, w sumie zatem nie dziwi, że los postanowił wynagrodzić mnie panią Norką.

W owym chaosie objawił się jeszcze jeden pomysł. Celowo nie piszę "plan", bo nie zdawało mi się, żeby miał najmniejszą szansę powodzenia.

Pewien mój znajomy z Ekwadoru mawia: "najgorsze, co możesz w życiu usłyszeć, to tylko <nie>".


Urocza filozofia, zgodnie, z którą kilka miesięcy temu próbowałem namówić Suzuki i Hondę do sponsorowania mojej wyprawy motocyklowej po Afryce... Nie chwaliłem im się jednak, że nie mam prawa jazdy na motocykl i z całą pewnością nie zdążę zrobić go przed wyruszeniem w trasę zrobić, bo już w Afryce jestem. Ale sami przyznajcie: przyszłoby Wam do głowy je sprawdzać?


Oczywiście Honda, Suzuki - a także bardzo wiele innych firm - skorzystały z przywileju powiedzenia "nie". Nie skorzystało z niego militaria.pl i ku mojemu zaskoczeniu podarowało mi trochę sprzętu.


"Pomysł Paryski" (tak, dostał oficjalny kryptonim) zakładał, żeby odezwać się do... Kultury.


Mniej ogarniętych informuję, że Kultura to polski instytut literacki w Paryżu i najbardziej zasłużona dla kultury polskiej placówka emigracyjna po 1945 roku. A Jerzy Giedroyc, zmarły w 2000 roku jest jedną z najwybitniejszych postaci naszej powojennej historii.


Być może kojarzycie takich autorów jak Gombrowicz, Hłasko, Miłosz, czy Herling Grudziński. Zanim wydarto im dusze, wtłaczajac w ramy szkolnych lektur, wszyscy w kulturze wydawali, wszyscy przez jakiś czas w niej mieszkali (tzn. Gombrowicz chyba nie), Miłosz tutaj właśnie zdecydował, że komunizm jednak jest fe i pora z nim walczyć zamiast wspierać, na konferencji prasowej wygłaszając później rezonujące mocno w mojej głowie słowa:


“I do not know any greater misfortune for man. The principal interest of the New Faith is not the economic organisation of society but the creation of a new human type by killing in man what, for lack of a better term, one may call metaphysical being."

Tymczasem Herling Grudziński dla Kultury pracował i to on oceniał nadesłane tam maszynopisy.


A ja?

No, dostałem trochę nagród, opublikowałem trochę opowiadań, trochę artykułów, współ-napisałem dwie książki, własną wkrótce opublikuję; na imprezie w remizie mogłoby to nawet zrobić wrażenie - pewnie zamknęliby mnie w pokoju, dali węgielek i rano zobaczyli czy czegoś ciekawego nie namalowałem.


Ale jednak wyżej wymienionym panom podskoczyć nie mogę.* Tuzów było tu zresztą znacznie więcej.


Dlatego, nie liczyłem na nic, śląc mejla do Kultury. Gdy nie odpowiedzieli po dwóch dniach, stwierdziłem, że wszystko idzie zgodnie z przewidywaniami. Ale, że mam naturę rozchwianego emocjonalnie bulteriera, to postanowiłem wysłać przypominajkę.


Może najgorsze, co można usłyszeć, to faktycznie tylko "nie", ale zamierzałem domagać się, żeby ktoś mi je powiedział.


I tu nastąpiła niespodzianka.


Przyszła odpowiedź, w której "nie" nie było. Wczytałem się, bo trochę się na mówieniu "nie" znam i wiem doskonale, że duża część ludzkości dokonuje fantastycznej ekwilibrystyki składniowej, by "nie" powiedzieć w jak największej ilości słów. Niczego innego zresztą nie spodziewałem się po równie prestiżowej instytucji.


Ale to ich "nie" brzmiało jakoś nie jak "nie". Oczywiście nie powiedziano też tak zaraz "tak". Nie obiecując nic, zaznaczając, że tego się nie praktykuje... Zaproszono mnie na spotkanie po weekendzie.


Wsiadłem w metro, potem w pociąg, potem przeszedłem się przedmieściami, na których numer na każdym ogrodzeniu zdaje się stroną w opowieści - tak malownicze kryją się za nimi domy i dotarłem do Kultury.


W drzwiach znów starano się nie robić mi nadziei ("O, ten pan będzie nocował?"; "No, tego jeszcze nie wiadomo"). Usiedliśmy, w ogrodzie zimowym, który bywał tłem dla zdjęć Hłaski, Polańskiego, czy Kisielewskiego. Porozmawialiśmy.


Szczegółowy tej rozmowy dotyczyły tego, co piszę - piękna to "rozmowa kwalifikacyjna", gdy zamiast zapewniać, że praca w korporacyjnym boksie śniła mi się od dziecka, mogłem mówić o tym, co jest dla mnie najważniejsze, co jest mną i czego sam trochę wstydzę się odsłaniać, bo zwykle nie sposób znaleźć na to właściwego miejsca i czasu.


Z tych szczegółów przeszliśmy do tego, że tak naprawdę Kultura nie ma miejsc. Ma jednak archiwum - znajduje się ono na liście UNESCO. A do archiwum przyjeżdżają archiwiści. Dla archiwistów jest miejsce.


I tak się szczęśliwie składa, że trwa akurat okres między kolejnymi ich zmianami i... Jedno miejsce jest.


Nie wiadomo jak długo, archiwiści mogą przylecieć lada moment, ale na razie pozwolono mi zatrzymać się w Kulturze Paryskiej. Pozwolono mi w niej pisać. Może dzień, może tydzień. Czas pokaże.



*Poza Markiem Hłaską. Marka Hłasko musiała bardzo skrzywdzić jakaś dziewczynka w przedszkolu, bo - sądząc po kreowanych przezeń postaciach - na tym etapie postanowił nie zgłębiać dłużej kobiecej psychiki. Do tego był największym chyba pozerem w historii naszej literatury. Ale fakt, mało kto osiągnął jego poziom literacki.

4 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com