Krajobraz po Norce

Niestety, dalsze koleje mojego losu zawierają mniejsze stężenie wariatów.


To znaczy: stety dla mnie, niestety dla opowieści.


Moja ulubiona pani napisała mi wiadomość na whattsappie, w której wyraziła radość, że mogła mnie gościć i trzeba to kiedyś powtórzyć. A że byłem już w centrum, czyli od linii frontu dzieliła mnie jakaś godzina drogi i spora liczba uzbrojonych w broń długą żołnierzy, którzy spacerują ulicami miasta, poczułem się na tyle bezpiecznie, że napisałem, że mnie też się podobało.


O powtarzaniu nie wspominałem.


Pozostawało jeszcze znalezienie noclegu na wieczór.



I tak, dwa lata temu, odwiedzałem wspólnie z Dawną Ukochaną Zakopane. Ukochana nie dorobiła się orzełka na paszporcie, więc - między tłumaczeniem jej, że to nie jest tak, że Polacy są odporniejsi na zimno, tylko nauczyliśmy się drżeć w milczeniu, a zatem nieważne, ile skarpet założy, magicznie nie zacznie jej być ciepło - pokazywałem jej Polskę. W tym Zakopane. Padał śnieg było pięknie, a dziewczyna, która pierwszy raz w życiu widziała prawdziwą zimę dawała mi wycisk w jeździe na łyżwach. Bajka.


Czemu o tym opowiadam? Ponieważ spotkaliśmy wtedy trójkę Francuzów. W hostelu odbywała się impreza, w trakcie której cudownie spici właściciele próbowali się z Francuzami porozumieć. W środek tej ciżby wpadłem ja z Dawną Ukochaną i między zagryzanymi dziczyzną wspominkami, wódką i próbą zawoalowanego tłumaczenia awansów* jednego ze starszych panów w stronę Francuzki nawiązaliśmy znajomość.


Znajomość ta trwała niecałą dobę, a jej największa intensywność przypadła na moment lepienia bałwana nad Morskim Okiem i negocjacje z Góralami o zjazd na konikach (którzy uczciwie zaproponowali mi, żebym orżnął Francuzów, a kasą podzielimy się między sobą - nie mogli zrozumieć, czemu się nie zgodziłem). Potem się rozstaliśmy i został Facebook.


I właśnie ów Facebook mnie uratował.


Bez nadziei i ze świadomością, że nie jest hańbą dołączyć do grona 10 000 bezdomnych w Paryżu rodaków napisałem wiadomość do jednej z Francuzek, co do której zdawało mi się, że mieszka w stolicy. Pomyliłem się. W stolicy mieszkała jej siostra.


Ale wiadomość została przekazana i zaoferowano mi nocleg. Był to wspaniały gest użyczenia tego maleńkiego fragmentu wolnej podłogi, w niewielkim mieszkanku na poddaszu starej kamienicy.


Ba, zostałem nawet zaproszony na imprezę, gdzie poznałem fajnych ludzi, a kolejnego wieczoru przesiedzieliśmy dobre sześc godzin, rozmawiając. Opowiadaliśmy sobie książki, gadaliśmy o filmach i pisaniu, ona pokazała mi wiersz z Les chatiments Hugo (który przetłumaczę albo znajdę i tu opublikuję), a ja jej E dai eu aodoro voar (który właśnie Wam tłumaczę, co nie jest takie łatwe bo nie znam portugalskiego). W ciągu dnia moja gospodyni pracowała, ale zostawiła mi wszystko, łącznie z hasłem do swojego laptopa, mimo że miałem własnego.


Naćpana mefedronem norka szybko wydała się odległym wspomnieniem.


A potem, gdy po kilku godzinach Centre Pompidou byłem już tak zblazowanym konsumentem sztuki, że widząc obraz Picassa mruczałem tylko pod nosem: "Phi, kolejny" dostałem mejla.

Była to odpowiedź na mejla, w którego powodzenie absolutnie nie wierzyłem. Ale o tym wkrótce.


*Droga młodzieży: "ruchałbym" to naprawdę nie jest Wasz wynalazek.

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com