© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com

Jak sprzedałem telefon na pustyni...

Aktualizacja: 27 wrz 2018

O tym jak sprzedałem telefon na pustyni… Czyli Maroka część druga.


Opowieść Francuza i Niemki była zaiste mrożąca krew w żyłach, ale tymczasem ja miałem swój „biznes” do załatwienia. Biznes polegał na tym, że sam wszak wpakowałem siebie i znajomych w kaka, przekonany, że funduję nam przygodę z Berberami.



Jestem upartym, małym sukinsynem, więc jeszcze przed wyjazdem stargowałem cenę za całą trójkę z 1500 dirham do 1200. Zaraz znajdzie się tu jakiś cwaniak, który wyczytał w necie, że właściwą ceną w krajach arabskich jest jedna trzecia zaoferowanej – owego cwaniaka informuję: internet kłamie. A z cenami różnie bywa.


Jak się domyślanie, nawet te 1200 dirham za dwa dni w piaskownicy nie brzmiało, kurde, kusząco. Siadłem więc z Ikhlifem, który wzorowo udawał, że nie rozumie nic po angielsku* i zaczęliśmy pogaduszki. „C’est pas juste”, rzekłem. Na co on odrzekł, że mnie pojebało, bo to bardzo „juste”. Zagrałem więc kartą wielce oburzonych przyjaciół, którzy akurat gadali sobie na jednym ze „szczytów” piaskownicy. Oznajmiłem, że są na mnie wściekli (co ewidentnie widać po sposobie, w jaki siedzą na piasku). Wiecie, Merzouga (ta super turystyczna), dawała diuny w sensownej cenie, nie piaskownicę i wielbłądy z depresją.


Trzeba to jakoś rozwiązać. Powiedziałem Ikhlifowi, że żądamy za tę cenę tego samego, co mają Napoleon i Luiza. Czyli dwa pełne dni na prawdziwej pustyni, wydmy i szamę tam na miejscu.


„C’est pas juste” – odparł Ikhlif.


Mógł mieć rację, bo Napoleon i Luiza zapłacili po 2500 dirham za głowę za tę imprezę.

Powiedziałem Ikhlifowi, że w takim razie musimy pogadać o zwrocie kasy. Ikhlif na to: ile chcemy z powrotem. I tak dalsze negocjacje toczyły się dwutorowo. Jednocześnie negocjowaliśmy cenę dwóch dni w głębi pustyni i kwotę, którą Ikhlif nam zwróci, jeśli wszystko to będziemy mieli jednak gdzieś.


Wyobrażacie sobie zapewne ożywioną dyskusję, krzyki, wiercenie się na poduchach i wymachiwanie krakersami.


Cóż, tak naprawdę to były bardzo długie okresy milczenia, przetykane pojedynczymi zdaniami i zapisywaniem kwot na wyświetlaczu telefonu. Uwielbiam się targować, ale nie jestem przekonany, że jestem w tym wybitny. Jeśli jednak mam jakąś radę, to… U mnie milczenie, ewentualnie zachęcenie drugiej strony do mówienia działa nienajgorzej. Mam wrażenie, że pozycja osoby, która nie mówi, zachowuje spokój i jest stanowcza jest zawsze troszeczkę lepsza od pozycji osoby, która próbuje się wykłócać.


Stanęło na tym, że za 1850 dirham za całą trójkę mieliśmy wszystko to, co towarzysze z Zachodu. Czy to była dobra cena? Chyba niekoniecznie, ale Ikhlif przez te trzy dni mało się do mnie uśmiechał, więc może też nie była zła.



Ruszyliśmy na pustynię. Sahara w tej części to ciągnące się po horyzont śmietnisko natury – nieskończone, szare gruzowisko, w które trudno uwierzyć. Nazywa się to hamada. To obraz nieromantycznej pustki. Piaskowe wydmy to „coś”, są piękne, bo są ciekawe – meandrują z wiatrem po horyzont. Płaskie, szare od kamieni pustynie niczego to tylko dno świata. Mars i księżyc w jednym albo to co odkrywa dziecko, gdy przekopie się przez spód piaskownicy. I tylko ostre kamienie, które pękają pod wpływem zmian temperatury.


Tylko że właśnie taka jest Sahara. Tylko 15% pustyni to piasek. Reszta to hamada.


Odwiedziliśmy oazę, która wyglądała trochę jak obóz uchodźców, a trochę siedlisko smolarzy na starych filmach o Bieszczadach. Tu jakieś ogrodzenie, tu trochę brezentu, a przed bramą wrak samochodu. Oaza sama w sobie nie przypominała tych z filmów Disneya (zaskoczenie!) – był to wyrywający się na powierzchnię ciek małego strumyka, który bardziej niż wodę przypominał błoto. Wokół było kilka drzew i leniwych kóz.




Był też cmentarz. Zawierał symboliczne groby tych, którzy zginęli w karawanach. Postawione na sztorc, ostre kamienie. Niczym nie podpisane. Dziś nie ma już karawan – Algieria i Maroko spierają się o Saharę Zachodnią i granicę zamknięto. Bezkresna pustynia ma swój kres na wojskowym posterunku.



A potem… Potem były diuny, wysokie piękne i ciągnące się po horyzont. Piaskowe części Sahary nazywa się ergiem. Były śpiewy przy ognisku, biegi po piasku i nocleg pod gołym niebem, z diamentowym łukiem drogi mlecznej nad głowami. Widziałem go już kilka razy, w trzech miejscach na świecie, ale zawsze zaskakiwał mnie pięknem.



A potem sprzedałem telefon. Miałem ich dwa, na dwie karty sim (jedna lokalna, druga Polska). Z tym że jeden był stary i nie był mi tak naprawdę potrzebny (nowszy był na dwie karty). Obóz przy ergu obsługiwało kilku chłopaków – dziwne to musiało być życie; siedzieć tak całe dnie w pustce, kilka godzin jazdy od najbliższej wsi. W całym etosie nomadów i pustelników nie gardzili jednak technologią. Od czasu do czasu, któryś wchodził na wydmę, że pogadać przez telefon z ziomkami albo rodziną. Kiedy poprosiłem, żeby podładowali mi starszy z telefonów jeden z nich zażartował: „Sprzedasz mi go, co?”.


Więc mu go sprzedałem.


To nie był dobry telefon, powiedziałem mu o tym. Nie miałem ochoty wpychać mu syfu tylko dlatego, że kilku jego rodaków chciało na mnie zarobić. Kiedy podał cenę, odruchowo próbowałem ją podwyższyć, "podtargować" ale uśmiechnął się tylko. Jego oferta była uczciwa, wyższa od tej, którą dostałbym w Polsce, czy nawet tu, w mieście. Obaj o tym wiedzieliśmy. Zgodziłem się i nie było żadnego targowania.




*Wiem, że udawał, bo gdy zostawał potem sam w samochodzie z moimi przyjaciółmi – Piękną albo Pięknym – skubany nawijał gadki w stylu: „Don’t you mind if I smoke?”.

132 wyświetlenia