Jak nie zostałem pilotem... Cz. 4.

...Ale pilotem Airbusa nie zostałem. I to mimo tego, że nieźle poszło mi zadanie grupowe, w którym podzieleni na zespoły budowaliśmy najwyższą wieżę. Mój zespół wygrał i nie brakowało w tym moich zasług. Nie najgorzej odnajdywałem się w tamtym towarzystwie i tylko raz - popisując się - jebnąłem "inertion" zamiast "inertia" w jakiejś wypowiedzi. "Jeśli nie jesteście pewni, że coś wiecie, nie mówcie tego" - jak głosi dewiza Ryszarda Petru. Generalnie, jak na typa w butach do biegania i dżinsach, poszło mi nieźle. Nie macie pojęcia, w ilu różnego rodzaju projektach, testach i rozmowach uczestniczę każdego roku i zwykle idzie mi co najmniej dobrze. Ale dobrze to było za mało.


Po budowaniu wież podzielono nas na grupy przed rozmowami indywidualnymi. Zachwycony Brodatym Chemikiem siedziałem z nim, gadając o laboratoryjnych szczurach, lataniu i lataniu na laboratoryjnych szczurach. Potem coś zjadłem, posiedziałem z pozostałymi. Śmichy, chichy i tak dalej. Mała refleksja: powiem Wam, że od kilku lat mam już wrażenie, że kraje anglosaskie tak dobrze opisała popkultura, że przebywając z ich reprezentantami ma się wrażenie przebywania w filmie. Tak zmałpowano wszelkie możliwe powierzchowności sposobu mówienia i bycia właściwe ludziom zza bliższych i dalszych mórz, że cholernie trudno się temu wrażeniu wyrwać. Nawet będąc na pustkowiu w Namibii - 160 km od najbliższego miasta, spotykałem ludzi "z filmów".

Rozmowy "indywidualne" wcale nie były indywidualne - było nas po trzech w grupie, ale one najbardziej przypominały właściwą rozmowę kwalifikacyjną. Co nie zmienia faktu, że dyskutowaliśmy głównie o lataniu (tym razem nie na laboratoryjnych szczurach), konkretnych scenariuszach i tak dalej. Miałem w grupie szefa załogi pokładowej w British Airways. Znów, poszło mi dobrze (nie licząc tego nieszczęsnego "inertion"). Po nocy w trzydziestoosobowym pokoju, w okresie, w którym miałem dosyć niskie poczucie wartości i chęć do życia, poszło mi chyba nadspodziewanie dobrze.* Ale, jak już wspomniałem, dobrze to było za mało Po godzinie lub dwóch wywoływano nas i zapraszano czwórkami do sali. Brodaty Chemik był w pierwszej, tak samo szef załogi pokładowej BA. Ja byłem bodajże w trzeciej, czy czwartej. Pierwszej albo drugiej wśród tych, którzy nie przeszli dalej. Być może to coś znaczy, być może nie. I - no cóż - nie mam wątpliwości, że ci którzy przeszli, przeszli zasłużenie. To fascynujące, że czasem decydują absolutne detale i będąc w tej sytuacji się te detale widzi, nim jeszcze ktoś zwróci na nie uwagę. Typek z British Airways potrafił postawić kropkę tam, gdzie ja stawiałem przecinek. Był - moim zdaniem - minimalnie bardziej ułożony, bardziej dokładny. Jak orkiestra, która grała idealnie w tempo. Piszę "minimalnie", ale kilka minimalnych rzeczy tworzy razem większą całość. To nie był ostatni etap. Zanim zostali pilotami, wybrani mieli jeszcze sporo do przejścia. Ale ja już tego nie widziałem. Nie wiem, czy Brodaty Chemik jest w szkole latania na laboratoryjnych Aer Lingus, czy może zajmuje się szczurami tak jak zajmował się wcześniej. Losów typka z BA też nie znam. Żeby sobie osłodzić dzień polazłem na steka za 30 euro, był taki sobie, więc umarłem w środku. A potem była Irlandia. Na brzegach Moherowych Klifów robiłem dyskutowałem z redaktorką Gry w Yote, a oprócz tego poszedłem na wyścigi chartów. O tym wkrótce. P.S. Domyślam się, że nie każdemu musi podobać się nazbyt wylewne opisywanie mniej pozytywnych uczuć w niektórych postach. Zapewniam Was, że nie otwieram się tu w pijackim widzie, ani nie szukam pomocy. Po prostu walczę z przesadnym romantyzowaniem podróży. *I nie mam ochoty myśleć, czy byłoby lepiej, gdyby wszystko wokół tego wyjazdu ułożyło się dogodniej.

9 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com