Jak nie zostałem pilotem, cz. 2.

Aer Lingus zakładał, że pora otworzyć swoje podwoje i każdemu, kto ma pozwolenie na prace w UE pozwalał spróbować swoich sił. Niedługo dowiecie się, że nie były to czcze słowa, ale nie uprzedzajmy faktów.


Trzeba było się zarejestrować, bla, bla, bla... Po kilku dniach przyszedł link aktywacyjny do testu - akurat wtedy, kiedy byłem w Maroko. Test wymagał stabilnego połączenia z Internetem, a w przypadku zerwania go, nie pozwalał na powtórne podejście. Na pustyni Internet był okej, ale jednak wolałem nie ryzykować.

Zdjęcie: oficjalna strona Aer Lingus.


Złożyło się to wszystko bardzo uroczo. Noc przed wylotem z Maroka spędziłem na ławce na lotnisku, w samolocie spałem nie najlepiej, następnego ranka miałem komunię chrześnicy w Radomiu, a dzień po - z samego rana - wyjeżdżałem jako pilot wycieczki w okolice Pustyni Błędowskiej. Po komunii, ale przed wycieczką zapadał termin wypełnienia testu. Podszedłem więc do niego na dużej ilości kaw, po kilku pompkach i z przekonaniem, że i tak nic z tego nie będzie. Rozwiązywałem go u kumpla, który łaskawie przyjął mnie na noc.


Test. Spodziewałem się ABCD i może jakiejś gierki we flashu. Dostałem dobre dwie, trzy godziny testów psychologicznych, osobowościowych, na rozumienie tekstu, rozwiązywanie problemów, reagowanie pod presją, refleks, motorykę i masę innych cudów. Serio. Nie sądziłem, że wszystko to jest możliwe przez internet, ale było nawet miejsce na nagranie kamerką odpowiedzi (kilkadziesiąt sekund przygotowania i minuta na odpowiedź, no second chances) - jak na prawdziwej rozmowie kwalifikacyjnej.


Nie wypada mi wchodzić w szczegóły, bo to chyba tajemnica, ale część testów przypominała zwykłe, te które rozwiązuje się niezależnie, czy masz zostać policjantem, urzędnikiem, czy opiekunem shih tzu, a część była formą gier, badających różne umiejętności. To leciało się przez tunel, to jednocześnie manewrowało samolocikiem, sprawdzało poprawność przypadkowych ciągów liter i poprawność zadań matematycznych (nie, naprawdę).


Test rozwiązałem, przekonany, że najwyższa pora znaleźć adwokata, bo ktoś mi musi za ten stres dać odszkodowanie, po czym zupełnie o nim zapomniałem. Minęło trochę czasu, na moje życie spadła plaga nieszczęść (o których zwykle nie pisze się na blogach), które złożyły się na jedne z najgorszych dni w moim życiu, przyszło lato w pełni i tak się jakoś żyło. Wtedy dostałem mejla z informacją, że jestem lamusem, bo podałem błędny numer telefonu (czego, między nami mówiąc, wykluczyć nie można - kto podaje prawdziwy numer ludziom, którzy mogą przekazać go do działu marketingu?). I żebym zadzwonił. Do Irlandii.


Zadzwoniłem.


No i wygląda na to, dwie noce w podróży i prawie bez spania to moja recepta na sukces. Polecam! 7800 osób rozwiązało test, a 235 zaproszono do Dublina na kolejny etap rekrutacji. W tym mnie. Także już wiecie, co robić przed ważnym egzaminem. Na Okęciu chyba można spać, niestety chrześnicy udostępnić nie mogę.


Oznaczało to, że muszę bardzo szybko zorganizować tonę papierów, różne badania i w ogóle. Oczywiście nie mogło pójść łatwo i na przykład w trakcie testu na daltonizm pani z recepcji zabawiła się z panią okulistką w głuchy telefon. Podała jej nazwę jakiegoś skomplikowanego badania bodajże dna oka. Zorientowałem się dopiero, gdy wkropliła mi do oczu preparat znieczulający, a ja nie czując moich szanownych gałek (cały czas chodzi mi o oczy) zacząłem jęczeć, że trochę skomplikowana ta procedura.

Naprawdę chciałbym takie rzeczy wymyślać, ale wszystko prawda.


Potem pozostało już tylko lecieć do Irlandii, gdzie więcej osób mówi po polsku niż w Warszwie i ahoj przygodo.

0 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com