Jak nie zostałem... cz. 3

My tu gadu gadu, a ja dalej nie jestem pilotem A320.


Skończyliśmy na tym, że do pokoju pełnego ludzi w garniturach wbiłem w butach do biegania, dżinsach i kolorowej koszulce.


Jak się zapewne domyślacie, moje odzienie czyniło ze mnie prawdziwego Amfipriona (to taki rodzaj kolorowej rybki, zwany z angielska "clownfish"). Na dodatek w jednej z pierwszych rozmów rzuciłem komentarz, że myślałem, że będzie wśród nas więcej pań, co miało być uwagą a propos faktu, że brakuje dam w lotnictwie, ale zważywszy na ciszę, która potem nastąpiła stwierdzam, że chyba po prostu wyszedłem na creepa. Może chwilę wcześniej niepotrzebnie komplementowałem irlandzki akcent (taki jak z reklam!) jednej z dziewczyn.


Poza faktem, że zaprezentowałem się jak wzorowy zwyrol, było miło. Nikt nie spytał mnie, czy nie chcę się przebrać, nikt odruchowo nie podał szcztoki i zmotki ani nie rzucił we mnie papierkiem po batoniku. Ludzie z szacunkiem traktowali mój polski, ludowy strój.


A byli to ludzie zewsząd. Był ktoś Dubaju, sporo osób z Anglii, Hiszpan, nawet kilku gości z USA. Większość z nich przyleciała na własny koszt, bo taki fajny ten program. Większość była też szalenie miła, jak pewien Brodaty Chemik, z którym gawędziliśmy, skubiąc poczęstunki (przy cenach w Irlandii stół z poczęstunkami zamienił mnie w chomika).


Program rzeczywiście jest fajny i Gość z linii zareklamował go chwilę potem, gdy weszliśmy do sali. "Zapomnijcie o weekendach z rodziną, o świętach o wolnym, kiedy chcecie. To samotna praca".


I dobre pięć minut tego, dlaczego latanie to wcale nie taki fajny zawód. Ale wiecie, tam było sporo osób z doświadczeniem w lataniu. Na przykład Brodaty Chemik - podobnie jak Pani Piękny Akcent (PPA) - mieli już licencje na samoloty turystyczne. Był też gość, który latał jako szef załogi w British Airways.


Foteczka moja. Hangary Aeroklubu Warszawskiego.


A jeśli ma się doświadczenie w lataniu, to dobrze się wie, że nawet jeśli Gość z linii ma rację, to kto by go tam, kurde słuchał. Latanie jest zajebiste. Pójdźcie na jakiekolwiek lotnisko na świecie, podnieście z ziemi kamień i rzućcie za siebie. Na pewno traficie w łeb kogoś, kto dałby się pokroić za to, żeby "zmuszali go do latania".


Jakby tego było mało, Zachód jest krainą, w której żeby poznać wynagrodzenie w przyszłej pracy nie trzeba zabijać kozy i przy pełni księżyca wróżyć z jej flaków. Pilot w Aer Lingus zarabia 60-80 tys. euro rocznie. "Na starcie".


Nawet zakładając podpisanie "lojalki" trudno uwolnić się od prostej myśli: Pięć lat. Za pięć lat będę miał lat trzydzieści pięć. Dalej będę gówniarzem. Zaoszczędzę kilkaset tysięcy złotych, będę miał doświadczenie w pilotowaniu drugiego najpopularniejszego samolotu pasażerskiego w historii. Założę hostel na zadupiu, zrobię papiery na wodoloty i będę żył w swoim filmie.


Fajnie to brzmi, nie?


No, ale pilotem Airbusa nie zostałem.

5 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com