Impresje o dobrych kupcach

Ostatni raz o marokańskich kupcach.


Bo, mimo dotychczasowych historii, jest też coś pięknego w tej przesyconej kupiectwem kulturze.


Na przykład mężczyzna, który zaczepił mnie, gdy szedłem w stronkę kazbachu imienia Russela Crowe’a (tak naprawdę to piękna twierdza Ait Ben Haddou – ale ludzie znają ją głównie z Gladiatora). Człowiek ten skomplementował moje skarpetki (miały nadruk znanej marki) i powiedział: Chodź, wymienimy się! Zaczął opowiadać mi jak to ludzie u niego w wiosce bardzo lubią takie markowe rzeczy. Przy czym na prawdziwych bazarach nawet tradycyjne chusty mają tu często nadruk „Made in China”. Kupiec bajerował więc i idealnie zagrał sentymentem wymiany. Ubił ze mną interes, na którym chyba żaden z nas nie stracił. Kupiłem sztylet.



Na targu, takim lokalnym, niezbyt turystycznym zaczepił mnie Berber, pytając skąd jestem. Przy czym mówiąc, że targ był „nieturystyczny” nie mam na myśli, że odkryłem jakiś skryty pośród gór prawdziwie berberyjski szlak kupiecki. Nie. Wyglądał mniej więcej tak samo jak typowy targ pod Szydłowcem, czy każdym innym mniejszym miastem. Berber ów opowiedział mi o dzieciach, które uczą się geografii, ale mieszkają na pustyni. Poprosił mnie, żebym narysował mu mapę mojego kraju, zaoferował herbatę. Oczywiście gówno prawda, internet działa tu nawet na pustyni, ale pogadaliśmy chwilę a potem zaakceptował odmowę.



W Dolinie Róż wymieniłem stary sztylet na nowy, ładniejszy, u rzemieślnika, który wykonał go własnoręcznie (miałem fetysz kooperatywy Azlag, która wytwarza sztylety od setek lat). Stary sztylet pozwolił mi obniżyć cenę, po czym po godzinie wróciłem i odkupiłem go taniej niż suma, którą udało mi się dzięki niemu stargować. Chłop śmiał się tylko.



Pod koniec tamtego upiornego dnia w Marrakeszu, gdy wracałem do domu (przekornie, znów przez medinę) wpadłem kupić przyprawę dla znajomej. Cena, którą mi podano znów była znacznie wyższa od tej, którą płaciłem wcześniej. Powiedziałem, że obaj dobrze wiemy, że tyle to nie kosztuje. Podałem cenę „rynkową” (czyli tę, którą dał mi kupiec wcześniej, ale którą brały też zwykłe, lokalne sklepiki, setki kilometrów stamtąd) i powiedziałem, że dorzucę jeszcze parę dirham, bo nie chce szukać mi się poprzedniego kupca. Facet za ladą spytał tylko jak miał na imię tamten kupiec, po czym odważył z górką i wziął cenę rynkową. Bez żadnych dodatkowych dirham, które gotów byłem oddać.*



Gdy na południu kraju łapałem „stopa”, okazało się trafiłem na jedną z lokalnych taksówek. To coś w rodzaju dzielonego transportu, który znajdziecie od Abchazji po Afrykę. Za kilka kilometrów trasy nie zapłaciłem nawet dwóch złotych.


Marokańczycy wcale nie są aż tak kupieccy jak wydaje się przywiązanym do targów medin gościom jednego hotelu.


A jednak, w odpowiednim natężeniu i bez przesadnego zadęcia, ten kupiecki dryg Maroka to wspaniała rzecz. Nie wiem, czy skądś jeszcze przywiozę historię o tym jak wymieniłem skarpetki na sztylet. Czy coś równie prostego przebije tę satysfakcję pod koniec tamtego dnia w medinie.


A tymczasem ostrzcie ząbki, bo następne opowieści będą wciąż o Maroku, ale tym razem będą dotyczyć… Tindera 😉

4 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com