Czym jest townships?

Co to jest township?


Niedawny komentarz pod postem zainspirował mnie do krótkich wyjaśnień:

Wiele osób myśląc "township" spodziewa się obozu dla uchodźców. Porwanych namiotów, odlatujących blach i piszczącej biedy. No nie.


Townships istnieją od dziesiątek lat i pewną naiwnością jest myśleć, że przez cały ten czas ludzie tam - a przynajmniej część z nich - nie uczyniła swego życia choć trochę mniej tymczasowym. Dziś w tym, co nazywa się powszechnie township mieszka około połowa populacji Kapsztadu. Czyli coś między milionem a dwoma milionami (może nawet więcej) osób. Wiecie, w townships ciężko się liczy, a i dynamika stanu populacji jest dosyć spora.



Niektóre z townships są bardzo ładne i nie odróżnilibyście ich od polskich przedmieść. Naturalnie wciąż w wielu działają gangi i nie oznacza to raju. Między czymś, co z grubsza dałoby się opisać podobnie jak nasze bloki jest na przykład przypominająca ściek rzeczka szerokości metra a na niej mostek. I na tym mostku zginęło w ciągu ostatnich paru lat kilkanaście osób. Bo mostek to granica stref gangów i zwykle przy nim dochodzi do porachunków (nie wymyśliłem tego).


W wielu townships, tych lepszych, mieszkają jednak członkowie parlamentu. Klasa polityczna w RPA wywodzi się "z ludu" i dla wielu polityków wyprowadzenie się do bogatych dzielnic oznaczałoby utratę poparcia. Albo "reprezentujesz biedę", albo nie :) Sami się chyba jednak domyślacie, że jeśli gdzieś mieszka (p)oseł, to przynajmniej prestiż i bezpieczeństwo tych kilku ulic wokół wzrasta.



To generalnie o township. Moje township, Khayelitsha, jest jednym z gorszych i biedniejszych. Oznacza to, że w ogromnej części przypomina właśnie obóz dla uchodźców. Ale przy kilkuset tysiącach ludzi nawet tu nastąpiła pewna stratyfikacja.


I tak na przykład część, w której mieszkam (mam tu malutki pokój na tyłach domu, który jest całkiem ładny) wygląda bardzo porządnie i uchodzi za bezpieczną. Mówiono mi, że nocą bezpieczniejsza nawet niż centrum miasta. Jest bezpieczna dlatego, że sąsiedzi trzymają się razem i dbają, żeby nieproszeni goście wędrowali w przeciwnych kierunkach.*


Wczoraj na przykład poszedłem pobiegać i - oprócz faktu, że mam żenującą kondycję - odkryłem, że najbliższa okolica dość mocno przypominała mieścinki, które znam z Hiszpanii.



Część ta jest jednak o tyle fascynująca, że składa się może z 50-100 domów. I wyjście z niej oznacza już wejście prosto między "shacks" ( z ang. szopy). Tam, jak żartował mój nowy sąsiad, wieczorem okradną mnie nawet z ciuchów.


W Khayelitshi dokonano w zeszłym roku 161 morderstw. W Warszawie około 60. Z tym, że Warszawa ma osiem razy więcej mieszkańców. Zatem szansa na śmierć jest tu jakieś dwadzieścia razy wyższa. Kolejna statystyka Khayelitshi: 183 to próby zabójstwa: czyli ktoś biegał dość szybko (popracuję nad tą kondycją). I tak dalej o tym podobne.

Townships więc nie przypominają tego, co lubimy o nich myśleć. Przynajmniej nie zawsze. To bardzo pojemne określenie, którego tutaj używa się raczej historycznie (tradycyjnie dzielnice, do których wysyłano nie-białych), a w reszcie świata bardzo filmowo (krew, nędza i śmierć).


*Nie jestem aż tak głupi, żeby z białą twarzą pchać się tam, gdzie nie przeżyłbym nawet tygodnia. Kilka tygodni po napisaniu tego posta zweryfikowałem jednak te hipotezę i okazało się, że ta część wcale nie jest aż tak bezpieczna. Sąsiedzi są spoko, ale przestrzeń "spoko ziomków" jest za mała i dwie spokojne, ale krótkie ulice są zwyczajnie zbyt "płytkie", by nie przesączyło tam to, co w townships zdarza się co dzień.

9 wyświetlenia

© 2018 by Tadeusz Michrowski. Proudly created with Wix.com